Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Notatki Popisarskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Notatki Popisarskie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 czerwca 2014

E/I - Notatki Popisarskie

Dzisiaj bez numerków, bo to średnio interesująca sprawa, jak mniemam, więc z niej rezygnuję.

Fabuła

Hmm... Przyznam szczerze, że nie pamiętam dokładnie całej fabuły. Jest to pierwszy tekst, który nie został napisany stricte na bloga, ot, powstał kiedyś jako jedno z wielu opowiadań. I z premedytacją nie zamierzam przeglądać wszystkiego tak dokładnie, może by odrobinę zmienić wydźwięk Notatek Popisarskich, dać nieco inny ogląd na proces pisania i to, jak szybko i łatwo można zapomnieć wiele rzeczy związanych z własnymi pracami. Jeśli więc w treści pojawią się jakieś nieścisłości albo wręcz błędy - wiedzcie, że wynika to z mojej zawodnej pamięci, ale właśnie taki obraz E/I mam w głowie.
Nie pamiętam imion głównych bohaterów, choć kojarzę ich ogólne charakterystyki, ich liczbę. Pamiętam sporo z wynalazków, które powstały na potrzeby opowiadania - kombinezony symbiotyczne, które działają jak wielkie komórki wzmacniające ciało nosiciela. Swego rodzaju biologiczne egzoszkielety. Pamiętam też zwyczajne egzoszkielety stosowane przez Industrium. Przypominam sobie wysokie, walcowate szklarnie, które obracały się na centralnym wale. Pamiętam wielkie usta połykające rannego członka Industrium (pal licho jak się nazywał...). Pamiętam wielkie bunkry pełne sarkofagów, nieco przypominające pola uprawne maszyn z filmu Matrix, lecz te z E/I poustawiane są w równe rzędy i wyglądają jak cmentarzysko, a nie elektrownia obsługiwana przez roboty.
Kojarzę ogólny zarys fabuły, ale zapewne czytając ją od nowa, odkryłbym najmniej połowę tego, co odkrywa czytelnik nie mający wcześniej kontaktu z tym utworem. To trochę jak wracanie do książki, którą kiedyś się przeczytało - pamiętamy część wydarzeń, ale możemy do niej wrócić właśnie dlatego, że nie pamiętamy sporej jej części. Podczas czytania przypominamy sobie natomiast całe kawały fabuły, związków przyczynowo-skutkowych oraz własnych przemyśleń, które mieliśmy podczas czytania książki po raz pierwszy. To trochę jak dziwna machina czasu, przenosząca nas do jeszcze innej rzeczywistości niż ta, do której powieść zabrała nas za pierwszym razem.

Warto na tym etapie wspomnieć kiedy dokładnie powstało E/I.
Ósmego grudnia dwa tysiące trzynastego roku, czyli jakieś pół roku temu, popełniłem pewien błąd. Ale aby w pełni go zrozumieć, winien jestem pewne wyjaśnienia.
Kawa.
Kawa to wspaniały napój. Jestem w stanie docenić jej przyjemny aromat, a także rozmaite sposoby jej przygotowania. Kawę w rozmaitej postaci pijemy, dodajemy jej składniki smakowe do ciast, czy też bezpardonowo wlewamy w siebie gdy chcemy pozostać przytomni jak najdłużej to możliwe.
Na kawę, a konkretniej kofeinę dość szybko tworzymy odporność. Organizm przyzwyczajony do przyjmowania dawki tego alkaloidu o określonej porze (na przykład tak zwana poranna kawa, dostarczana precyzyjnie o godzinie siódmej dwanaście, choć wcale nie musi być przyjmowana aż o tak ścisłych porach), przygotowuje się na to znacznie wcześniej.
Organizm ogólnie nie lubi jakichkolwiek zaburzeń. Wahania elektrolitów, zmiany temperatury, ciśnienia krwi, ale również przewodnictwa nerwowego nie są dla nas zbyt korzystne (a najmniej tak sądzi nasz mózg), toteż kiedy próbujemy go sztucznie pobudzić dostarczając kofeinę, jesteśmy sobie w stanie z nią dość szybko poradzić. Eliminujemy jej nadmiar, niwelując działanie w ciągu X minut/godzin (zależnie od dawki i personalnych możliwości przetwórczych).
Gdy natomiast pijemy kawę codziennie o 10.00, od 9.00 czujemy znaczne pogorszenie nastroju. Stajemy się ospali, spowolnieni, więc... pijemy kawę, żeby wrócić do normalności. Już nie pobudzić się dodatkowo, a uzyskać stan neutralny. Organizm zawczasu przygotowuje się do obciążenia, wytwarzając związki działające depresyjnie na układ nerwowy, żeby jak najszybciej zniwelować działanie kofeiny, ale i jednocześnie popychając nas w szpony "nałogu".

Wracając do głównego tematu - kofeina potrafi dać krótkotrwałego "kopa", jeśli chodzi o pobudzenie. Myślimy szybciej, nie zasypiamy, możemy pracować lub uczyć się mimo niesprzyjającej pory.
Efekt jest tym słabszy, im częściej i bardziej regularnie przyjmujemy kofeinę.
A. Ja. Nie. Piję. Kawy.
Wcale.

Toteż pewnego wieczora, którego coś mnie na ową kawę naszło, zrobiłem sobie kubeczek prawdziwego zabijacza, który by martwego na nogi postawił (nie jestem wprawiony w proporcjach i widać dodałem za dużo roztworu bazowego...).
Nie trzeba być geniuszem by stwierdzić, że moje źrenice się zwężyły, powieki całkiem zniknęły, a ja byłem skrajnie pobudzony mimo coraz późniejszej pory.

Tako też wziąłem sobie netbooka, usiadłem na łóżku (jako że było około pierwszej w nocy, ósmego grudnia właśnie) i zacząłem pisać.
Padłem o czwartej w nocy, zasypiając niemal natychmiast, z już skończonym opowiadaniem. Procesu pisania nie pamiętam zbyt dokładnie - klepałem w klawiaturę, myślałem nad fabułą, robiłem krótkie przerwy dla przygarbionych niewygodnie pleców i własnego mózgu, oglądając jakieś filmiki na Youtube (najpewniej coś od Brady Harana, którego kanały polecam, szczególnie SixtySymbols), a gdy wszystko było gotowe, efekt kofeiny zaczynał powoli mijać, a ja osunąłem się w ciemną otchłań pozbawioną snów ;)

To tyle, jeśli chodzi o sam "proces twórczy". Warto by było powiedzieć coś jeszcze o fabule, która prześladowała mnie od... bardzo dawna.
W zasadzie jeszcze nim napisałem swoje pierwsze opowiadanie w klimatach Science Fiction (a można uznać, że tak naprawdę był to Kwiat Wszechświata, który może kiedyś jeszcze zagości na Trebuszu), chodziła za mną myśl o społeczeństwie, ludzkości, podzielonej na dwa klany, ze względu na drogę, jaką ruszyli jeśli chodzi o technologię.
Jedni postanowili udoskonalić układy scalone, komputery oraz maszyny, pozwalając by przejęły one za nas znaczną część obowiązków (myśl przerabiana w literaturze miliony razy, najczęściej z negatywnej strony buntu maszyn lub ogólnego zniewolenia ludzkości), a drudzy zdecydowali się powrócić do źródeł naszego istnienia, wykorzystując naturę i naginając ją do swoich potrzeb.
Projekt nie był w stanie przybrać finalnego stadium, a ja jakoś tego nie wymuszałem - miałem co pisać, nie było sensu kombinować na siłę z czymś, co chciałem zrealizować jakoś... lepiej, bardziej naturalnie.
Wciąż przed oczami umysłu mam migawkę z futurystycznego mostu zawieszonego nad szeroką rzeką, po którym spacerują ludzie. Ludzie z plecakami i całymi instalacjami hydrauliczno-elektrycznymi biegnącymi po kończynach, zachodzące do podstawy czaszki, wypełnione zmieniającym delikatnie odcień płynami zielonymi i niebieskimi - przedstawicielami kast związanych z naturą i energią elektryczną, komputerami.
Gdzieś w tle rozpościera się panorama jakiegoś futurystycznego miasta, lecz to właśnie ludzie są głównym centrum uwagi tego mentalnego obrazka.
Chciałbym umieć rysować, by przekazać niektóre swoje pomysły w bezpośredniej, niezmienionej formie, takiej, jaka rezyduje w moim umyśle...

Wracając do rzeczy - ze względu na naturę projektu, rezygnuję ze szczegółowego podziału, jaki stosowany był wcześniej.
Bohaterów sam nie pamiętam, o pisaniu już... pisałem, dalszych losów raczej nie będzie, a jedyną zagadką jaką dość łatwo rozwiązać są same nazwy "imperiów" oraz tytuł - Industrium Exilium i Ecologicum Interralis. E/I. Ecologicum czy Industrium? (pierwotnie na końcu tytułu był znak zapytania). Poza tym same skróty obu nazw są odwrotnościami - IE/EI, symbolizującymi ich przeciwność, zupełne odwrócenie zasad.

Pytanie do każdego czytelnika - który świat woli? Tylko naprawdę się zastanów, nie odpowiadaj tak, jak sugerowałem to w tekście. Czy naprawdę odmówiłbyś/odmówiłabyś częściowego zniewolenia i możliwości bezgranicznej interakcji z wirtualnym światem? Dlaczego więc tyle czasu spędzasz przy komputerze, usiłując właśnie wejść w sferę innego, nieprawdziwego życia wiedzionego między światłowodami?

Na taki pseudofilozoficzny akord kończymy.
Do zobaczenia w następnej historii!

środa, 21 maja 2014

Kwant Filozoficzny - Notatki popisarskie

Kolejna opowieść, kolejne notatki popisarskie.

UWAGA! DUŻO NUMERKÓW!

Opowieść Kwant Filozoficzny zaczęła powstawać trzydziestego stycznia dwa tysiące czternastego roku o godzinie siódmej osiemnaście (a więc ledwie dziesięć dni po rozpoczęciu pisania Ramię w ramię, które wtedy było zapewne około strony piątej, na samym początku).
Projekt został odrobinę ruszony, ledwie pierwszy fragment według pierwotnego podziału (kończył się na kolacji w domu Tadeusza), a następnie wystartował znacznie porządniej około piętnastego lub szesnastego fragmentu Ramię w ramię, na stronie dwudziestej pierwszej, kiedy to potrzebowałem chwili wytchnienia od tego samego, nużącego mnie odrobinę tematu opowieści Nowego Świata.
Projekt został zakończony szóstego kwietnia dwa tysiące czternastego roku o godzinie dwudziestej drugiej czterdzieści pięć z pięćdziesięcioma trzema sekundami ;), już sporo po odłożeniu na swoją półkę Ramię w ramię.
Nie warto liczyć dziennego limitu słów, ponieważ opowieść nie powstawała w trybie ciągłym, a przerywanym. Ma natomiast dziewiętnaście stron, dziesięć tysięcy siedemnaście wyrazów i siedemdziesiąt jeden tysięcy czterysta siedemdziesiąt pięć tysięcy znaków, czyli mniej niż połowę objętości Ramię w ramię.
Koniec statystyk.

KONIEC NUMERKÓW

Fabuła

Pomysł powstał… nie jestem pewien. Chyba na podstawie bozonów Higgsa i ogólnie, pola Higgsa, a jego wstępna forma wpadła mi do głowy – jak to bywa – po prostu, bez konkretnej przyczyny. Została szybko zapisana w formie notatki na telefonie, a następnie rozwinięta.
Pierwowzór brzmiał tak (w tłumaczeniu, bo jak to czasem się u mnie zdarza, powstała po angielsku):

Strumień cząstek X ciągle przepływa przez wszechświat i zbiera się na planetach, gwiazdach. Kiedy kumuluje się go wystarczająca ilość, zmienia on stan obiektu, na którym się znajduje (supernowa, czarna dziura, biały karzeł itd.).
Naukowcy odnajdują to, zbierają i zaburzają równowagę i budując gwiazdę lub promień niszczący materię. (? O co mi chodziło? :D).
Zebrane gwiazdy mają nienaturalną grawitację, scalają się i tworzą czarną dziurę – pozostałe cząstki X muszą zostać wykorzystane, by ją zniszczyć.

Jak widać finalny pomysł został znacznie zmieniony, szczególnie od połowy. Nigdy też nie zajrzałem do tej notatki – ledwie przeczytałem pierwsze jej zdanie, cały pomysł do mnie wrócił i na podstawie tego, co wymyśliłem, zacząłem stopniową kreację fabuły taką, jaka została przedstawiona.

Bohaterowie

Nie mamy zbyt wielu bohaterów, tak po prawdzie. Wszystko jest nieco odhumanizowane, jak to winno być w przyszłości podzielonej na kasty, w której maszyna żyje za pan brat z człowiekiem, ale i ogranicza go na wielu płaszczyznach.
Jest Tadeusz, główny bohater, który podczas pisania, choć nie było to zamierzone, przypominał mi trochę Winstona z powieści Orwella 1984 (swoją drogą – polecam), ale w nieco innej rzeczywistości, nie tak antyutopijnej. No i Tadeuszowi udało się wybić ze swojego „stanu”.
Tadeusz to ogólnie ciekawy świata gość, pogodzony ze swoim losem podrzędnego naukowca, lecz wciąż dążący do czegoś więcej. Idealista, a zarazem dość silna osobowość – nie daje się ponieść emocjom i nie pozwala przeżreć się władzy, nawet gdy zostaje jednym z najważniejszych ludzi w korporacji (co jednoznaczne jest prawie ze światem), pozostaje miły dla innych, oraz nade wszystko skromny. W chwili potrzeby potrafi też przejąć stery, opanowując kryzysową sytuację. Człowiek idealny, gdyby tylko nie zapomniał tak szybko o swojej żonie, za którą – co prawda – tęsknił, lecz i nie próbował jakoś szczególnie silnie wpłynąć na swoich przełożonych, by ją sprowadzili.
O Natalii nie wiemy za dużo. To kobieta, która całe dnie spędza w domu. Oddana swojemu mężowi, uległa. Nie wiemy jak przeżyła wieść o rzekomej śmierci Tadeusza – jedyne co wiemy na pewno to fakt, że kiedyś w czasie urzędowania Grota na szczytach korporacji znalazła sobie nowego mężczyznę – czy też był to zawsze jej zamiar, czy też inaczej nie potrafiła sobie poradzić w życiu – sprawa nie jest do końca jasna.
Kolejną ważną postacią jest Martin Hoffman, dowódca pomniejszych misji kosmicznych organizowanych przez tę samą super-korporację. Nie znamy go ze zwyczajnych sytuacji - w opowieści jest zawsze na skraju załamania nerwowego, nie do końca radząc sobie ze sprawami jakie dzieją się w jego departamencie. Postać jest ogólnie słabo przedstawiona, była raczej przyczynkiem do pociągnięcia fabuły, niż kimś, na kim trzeba by budować poważniejszy portret psychologiczny.
Mamy również załogę statku Solar-13 i nie, numer nie jest przypadkowy ;) Poza tym, że to „pechowa” liczba… o tym za chwilę.
Jenna, zdolna techniczka, która zawsze dłubie w układach rozlatującego się statku, Nick, osiłek, który jednak zna się na swojej robocie, oraz „Młody”, Matt, nowicjusz. Nie są dokładniej opisani, stworzyłem ich raczej jako narzędzia wykonujące pewne czynności na statku, niż faktyczne, pełnoprawne postaci.
Na samym końcu mamy Fryderyka Nemgura, tajemniczego właściciela korporacji, który w kluczowym momencie przybywa by poszukać swojego najlepszego naukowca (no, prawie najlepszego, wszak Tadeusz okupuje dopiero DRUGIE piętro… ;). On też przyczynia się do finalnego zniszczenia Ziemi.
Postać miała odgrywać znów, instrumentalną rolę w opowieści, a moim jedynym zamysłem podczas tworzenia dialogu była nonszalancja, poczucie wyższości i pewność, że jest on w stanie rozwiązać każdy problem dowolną ilością gotówki lub zasobów ludzkich, którymi dysponuje.
Jedyną ciekawostką jest tylko samo nazwisko Fryderyka, które jest anagramem słowa „Regnum”, czyli „Królestwo”, naturalnie w pięknym języku Rzymian ;)

A! No oczywiście, jeszcze tajemniczy panowie w czarnych garniturach, tak nieodzowni przy każdym możliwym biznesie związanym z aparatem przymusu. Kilku z nich pokazałem również z nieco bardziej ludzkiej strony, nieco żartobliwej i otwartej, miast tylko profesjonalnej i napiętej (Stefan demonstrujący Tadeuszowi działanie centrali).

Jak się pisało?

Proces twórczy, jak to się pięknie nazywa, przebiegł w kilku etapach zatrzymywanych z różnych przyczyn. Nie było większych problemów z prowadzeniem fabuły, poza jedną „blokadą”, w okolicach szybkiego „przewinięcia” wydarzeń kilka lat naprzód, kiedy to Tadeusz musiał zrobić naprawdę sporo, a ja nie miałem czasu, ni serca, by to wszystko biednemu czytelnikowi opisywać. Sprawa została jednak rozwiązana w ledwie parę dni.

Końcówka jest jak zwykle nieco zbyt pospieszna. Mój odwieczny problem, niedoprowadzania wszystkiego do końca tak, jak się powinno to robić, spokojnie i powoli. Zawsze muszę się pospieszyć i zakończyć z mocną szarżą oraz finalnym wybuchem. Teraz jednak chyba trochę przesadziłem, bo rozsadziłem cały układ Słoneczny :D

Zagadki.

Tego za dużo nie było. W zasadzie jedyną ukrytą sprawą były same liczby, które – jak to zapowiadałem – należały do ciągu Fibonacciego. Każda użyta w opowieści liczba jest elementem ciągu Fibonacciego, a jeśli nie jest, to prosiłbym o wskazanie, bo nie było to zamierzone ;)
Tak, Solar-13 też zawiera w sobie liczbę ciągu. Liczba lat, jaka minęła od mianowania Tadeusza na wyższego naukowca do końca świata, a także innych wydarzeń opisywanych poprzedzających to okropne wydarzenie to też ciąg. Nawet liczba zbiorników tlenu które zostały zniszczone, ocalone, oraz te, które od początku znajdowały się na statku to elementy ciągu.

Jeśli natomiast chodzi o technikalia, których trochę było (jak to przy SF), to dokonałem kilku dość dokładnych obliczeń w miejscach, gdzie było to potrzebne.

UWAGA! NAPRAWDĘ DUŻO NUMERKÓW I FIZYKI!!!

Na przykład tlen potrzebny dla załogi. Z danych znalezionych w jednej z książek odnalazłem informację, że w ciągu minuty człowiek w spoczynku zużywa około 200 mililitrów tlenu. To jest 0,3g/min.
Aby załoga była w stanie przeżyć przez godzinę (trzy osoby), konieczne są 72 gramy tlenu. A w związku z tym, że misja trwać ma jeszcze dwa lata, potrzebują najmniej 1261,44 kg tlenu, by się nie udusić. Naturalnie z pewnym zapasem, bo przy samej końcówce stężenie tlenu będzie zbyt niskie, by można było prowadzić efektywną wymianę gazową.

Biorąc pod uwagę konkretne rachunki dotyczące ilości energii wytwarzanej przy pomocy Grotu P, skorzystałem ze wzoru wyprowadzonego przez Einsteina, który jest nader popularny – E=mc^2.
Według niego jeden gram materii przeprowadzonej w czystą energię da nam:

89 875 517 873 681 764 (kwadrat prędkości światła) * 0,001 (jeden gram) = 89 875 517 873 681,764 = 89,876 teradżuli, czyli 89,876 x 10^12 dżula.

Dla porównania AK-47 wyzwala 2000J podczas jednego strzału. A więc by wyzwolić tę samą ilość energii co jeden gram anihilowanej materii musiałby wystrzelić 44 937 758 936 840 razy (prawie 45 bilionów (10^12).
Biorąc pod uwagę fakt, że masa materiału miotającego wynosi od 1,6 do 1,8 grama w każdym pocisku, potrzeba by około 80 887 966 086 312 gram, czyli prawie 81 bilionów (10^12) gram.

Po przeliczeniu tej energii na kalorie, otrzymujemy natomiast 21 466 407 942 057.395 cal = 21 466 407 942,057 kcal.

Biorąc pod uwagę wartości odżywcze pewnych „potraw”, takich jak hamburger, zawierający 245 kcal, musielibyśmy pochłonąć 87 617 991 sztuk.
Natomiast niepozorne jabłko, zawierające 52 kcal/100g, 520 kcal/kg, zmusiłoby nas do pochłonięcia 41 281 553 kg tego pysznego owocu, by zrównoważyć ilość energii zawartą w jednym gramie materii.

Interesujące, ile energii znajduje się w jądrze atomu, nieprawdaż? ;)

KONIEC NUMERKÓW I FIZYKI

Dalsze losy

Nie przewiduję, głównie ze względu na fakt, że Ziemia przestała istnieć ;) Oczywiście można by stworzyć losy poprzedzające te wydarzenia, albo historię dziejącą się równolegle, czy też zupełnie oderwaną od ram czasowych, lecz na razie nie mam takich planów.

No, długo wyszło.
Do zobaczenia w następnej historii!

Aha! Krótka notka – przechodzę na formę tygodniową, wpisy pojawiać się będą w każdy piątek, niezależnie od dnia miesiąca. Jeśli bym nie dawał rady, najwyżej zrobimy jakąś krótką przerwę (wszak sesja się zbliża), lecz na razie wszystko ma się dobrze.
Pierwszy wpis za tydzień (30 maja 2014), co by nie zasypywać bloga takim natłokiem wpisów.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Ramię w ramię - Notatki Popisarskie

Zawsze interesowała mnie ukryta przed oczami czytelnika część procesu twórczego. Z ciekawością wypatrywałem wszelkiego rodzaju ciekawostek na temat pisania, ciągu myśli, który doprowadził do powstania utworu literackiego, albo do uformowania się postaci oraz fabuły w taki, a nie inny sposób.
Niestety rzadko można coś takiego znaleźć, a ja uznałem, że byłoby ciekawym pomysłem rozpisać się trochę o opowieści Ramię w ramię, odkrywając część pracy, która nie jest widoczna podczas czytania, a także wyjaśnić część sekretów, na które większość ludzi nie zwróci najmniejszej uwagi, a które umieściłem w opowieści w pełni świadomie (o tych umieszczanych nieświadomie zwyczajnie nie wiem :).

Zacznijmy od początku.

UWAGA, DUŻO NUMERKÓW!

Ramię w ramię zaczęło powstawać dwudziestego styczna dwa tysiące czternastego roku, o godzinie dwunastej pięć z dziesięcioma sekundami (ach, cuda współczesnej techniki ;D).
Ukończone zostało dziesiątego marca dwa tysiące czternastego roku o godzinie siedemnastej pięćdziesiąt siedem z czterdziestoma czterema sekundami, co daje nam jakieś półtora miesiąca (czterdzieści dziewięć dni) roboty na czterdzieści trzy strony, dwadzieścia pięć tysięcy czterysta dwadzieścia słów i trochę ponad sto siedemdziesiąt dwa tysiące znaków. Czyli w przeliczeniu na dzień pisałem podobno trzy i pół tysiąca znaków dziennie, co nie byłoby taką bzdurą, bo starałem się pisać co najmniej jeden fragment dziennie, codziennie, choć oczywiście czasem zdarzało mi się popełnić trochę więcej, czasami natomiast wcale, bo akurat skupiałem się na innych projektach (głównie Kwant Filozoficzny).

KONIEC NUMERKÓW ;)

Fabuła

Pomysł zrodził się dość spontanicznie i od samego początku bardzo szybko ewoluował. Na samym początku miała być to historia wielu gladiatorów, którzy spotkawszy się na arenie odmawiają walki przeciw sobie, a następnie uciekają, by zgromadzić armię i obalić złego króla.
Pomysł padł natychmiast, gdy tylko „zabiłem” Rektara, jednego z pierwotnych bohaterów, których była szóstka, bardzo mocno oklepanych bohaterów – był typowy krasnolud-inżynier, który miał zadbać o machiny latające oraz sprzęt oblężniczy, łuczniczka, która miała za zadanie przekonać do swej sprawy elfów, mężczyzna walczący kijem (nawet nie dałem mu jakiegoś konkretnego charakteru), dziewczyna parająca się walką krótkimi mieczami, osiłek (Rektar) oraz mag.
Każdy z nich miał po kolei przekonywać do swej sprawy konkretnych sojuszników – łuczników oraz władców bestii z lasów elfów, jednostki latające, wilków morskich, rolników mających zapewnić zaopatrzenie całej armii, skalnych golemów oraz Ludzi Mgły, zabójców.

Jak pisałem, temat upadł niemal natychmiast, już w drugim fragmencie, gdy umarł Rektar, a głównym bohaterem przez chwilę był dowódca organizujący natarcie na bestię, który jednak… też zginął, a ja zostałem z nędznym kupcem Rhebem, który musiał udźwignąć ciężar całej fabuły ;)

Dalej pomysł miał tylko ogólny zarys, który rozwijał się co najwyżej kilka fragmentów do przodu, choć podążał ogólną ścieżką, którą ustaliłem na samym początku – spokoje zbieranie sił, odparcie Karran, a następnie inwazja ich świata.

Bohaterowie

Osobiście najbardziej do gustu przypadła mi Aenna. Wydawała mi się ciekawą postacią, choć zdaję sobie sprawę, że po zgromadzeniu wszystkich w jednym miejscu zeszła na dalszy plan, a jej potencjał nie został w pełni wykorzystany.
W początkowych zamysłach miał nastąpić jakiś przełom, który zmusi ją do wykorzystania jej pełnej mocy, głośnej inkantacji, dzięki której stanie się CośPrzerażającoPotężnego. Nie wyszło. Ale nie stawiam jeszcze kropki nad „i”, możliwe że jeszcze kiedyś powrócę do tej postaci.

Rheb od początku mógł wzbudzać nieco negatywne emocje, ale jednocześnie winno się czytelnikowi zrobić go odrobinę szkoda. Tak przynajmniej próbowałem to zbudować. Z czasem Rheb traci jednak swoją maskę nieznanego, acz dobrego gościa, gdy podczas przybycia do zatoki Ak’t, gdzie rezyduje armia, nagle zmienia się, co finalnie wyjaśnia się na samym końcu.

Goltan jest od początku do końca dobrym gościem, choć wydawać by się mogło, że przez pewien czas siły działające na Rheba zaczynają na niego działać.

Jak się pisało?

Cóż… Samo prowadzenie fabuły było ogólnie bardzo przyjemne. Podczas pisania musiałem zrobić sobie dwie przerwy, żeby odpocząć od tematu, ale wtedy nie leniuchowałem i zająłem się kolejnymi projektami, więc nie mam na co narzekać.

Końcówkę uważam za bardzo słabą. Mam wielki problem z końcami, próbuję jak najszybciej dotrzeć do końca, skracając wiele rzeczy i robiąc je byle jak, co widać po ostatnim fragmencie, który możliwe że kiedyś jeszcze rozbuduję. Możliwe że jeszcze przed publikacją tego tekstu, gdyż w momencie, kiedy to piszę, na blogu właśnie pojawił się piętnasty z trzydziestu fragmentów.

Zagadki

Po pierwsze – może to nie być widoczne tak dobrze, jak będzie to pokazane w kolejnej opowieści – Kwant Filozoficzny – ale większość, jeśli nie wszystkie numery użyte przeze mnie są liczbami ciągu Fibonacciego, którego jestem wielkim fanem ;)

Jeśli chodzi natomiast o bardzo skomplikowaną, ale i – jak sądzę – interesującą zagadkę, jaką są imiona bogów… tutaj będę musiał wyjaśnić trochę więcej.

Pierwsza trójka bogów, którzy powstali na potrzeby opowieści – Ur, Eb i Oe byli zupełnie przypadkowi. Pomysł na krótkie imiona wpadł mi po prostu do głowy podczas piania, a ja postanowiłem na tę modłę tworzyć wszystkie pozostałe imiona bogów, by wszystko wydawało się być jedną całością.
Podczas pisania jednego fragmentów, gdy wprowadzałem boga Wa, zauważyłem że… z imion bogów można ułożyć jakiś konkretny napis, jakoby odwieczną przepowiednię przesłaną przez stworzycieli samych bóstw.

Wpierw wypiszmy wszystkich bogów, jacy pojawili się w opowieści Ramię w ramię:

Ur – bóg - mąż
Eb – bogini - żona
Oe – bogini mądrości, magii
Wa – bóg pracy
Be – bóg obfitych plonów
F – bóg zła
Yo - patron wynalazców
Is - bóg władców
Re - bóg wojny i oblężenia
Rh – opiekun gignatów

Mamy więc Ur, Eb, Oe, Wa, Be, F, Yo, Is, Re oraz Rh. Szybko można wyłapać słowo, które po przeczytaniu go sto czterdzieści jeden razy w opowieści można mieć już dość – Rheb.
Lecz co z tym Rheb’em?

RhEb Is YoUr FOe, BeWaRe.

Na polski: Rheb jest waszym wrogiem, uważajcie.

Ostrzeżenie od samych bogów do ludzi Nowego Świata oraz do czytelnika, choć ostatnie fragmenty układanki w postaci Re oraz Is pojawiają się w ostatnim fragmencie.


Uważam, że sprawa byłaby nie do odgadnięcia, gdyby komuś nie wskazać dokładnie czego ma szukać. Albo w ogóle – ŻE ma szukać ;)

Dalsze losy?

Część elementów pozostała nie do końca wyjaśniona, głównie ze względu na moją niecierpliwość.

Po pierwsze – wsparcie powietrzne które zdobył Rheb. Mieli oni przybyć podczas zażartej walki z lotnictwem nieprzyjaciela, ratując skórę armii Nowego Świata. Może i tak było, Ramię w ramię na ten temat milczy.

Po drugie – skarb oferowany w zamian za stworzenie machin latających przez Donka.
Owszem, skarb istnieje, kartka jest prawdziwa i zawiera odpowiednie koordynaty. W jaskini jednak znajduje się tylko wielki kufer, w który leży piękny zwój, opieczętowany przez samego Rheba, na którym napisane jest „Marzenia są warte więcej niż góra złota…”
Ciekawe czy tak samo stwierdzi Donk, po tym jak wyda każdego miedziaka by wywiązać się ze swego zobowiązania…

Po trzecie – co dalej z Nowym Światem, Goltanem i Rhebem?
Sprawę pozostawiam częściowo otwartą. Goltan wraca do Nowego Świata i wraz z pomocą ocalałych żołnierzy odbiera władze dotychczasowym monarchom, jednocząc Urusynów i Ebsynów, lecz niedługo po tym następuje kolejna inwazja Karran, która…
No właśnie tutaj następuje ta otwarta część ;)

Chyba tyle, i tak już rozpisałem się jak głupi.
Blog ma ten plus, że każdy chętny może zadawać dodatkowe pytania, na które postaram się odpowiedzieć. A jeśli samo podsumowanie przyjmie się dobrze, po każdej opowieści będę pisał taki „raport bitewny” z pola walki, na którym jeno wyobraźnia i pióro (a raczej klawiatura) może posłużyć za wartościowy oręż.

Do zobaczenia w kolejnej opowieści Kwant Filozoficzny!
Graphoman

P.S. Aha! Do wszystkich fanatyków, którzy jednak dopatrzyli się tego, czego tak bardzo się wstydzę – połączone armie Nowego Świata mają co prawda skrót UE, od Urusynów i Ebsynów, ale NIE MA to żadnego związku z Unią Europejską, której jestem zagorzałym przeciwnikiem.

Tfu. Że też spod mojej ręki takie ścierwo powstało ;)