Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ramię w ramię. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ramię w ramię. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 kwietnia 2014

Ramię w ramię - Notatki Popisarskie

Zawsze interesowała mnie ukryta przed oczami czytelnika część procesu twórczego. Z ciekawością wypatrywałem wszelkiego rodzaju ciekawostek na temat pisania, ciągu myśli, który doprowadził do powstania utworu literackiego, albo do uformowania się postaci oraz fabuły w taki, a nie inny sposób.
Niestety rzadko można coś takiego znaleźć, a ja uznałem, że byłoby ciekawym pomysłem rozpisać się trochę o opowieści Ramię w ramię, odkrywając część pracy, która nie jest widoczna podczas czytania, a także wyjaśnić część sekretów, na które większość ludzi nie zwróci najmniejszej uwagi, a które umieściłem w opowieści w pełni świadomie (o tych umieszczanych nieświadomie zwyczajnie nie wiem :).

Zacznijmy od początku.

UWAGA, DUŻO NUMERKÓW!

Ramię w ramię zaczęło powstawać dwudziestego styczna dwa tysiące czternastego roku, o godzinie dwunastej pięć z dziesięcioma sekundami (ach, cuda współczesnej techniki ;D).
Ukończone zostało dziesiątego marca dwa tysiące czternastego roku o godzinie siedemnastej pięćdziesiąt siedem z czterdziestoma czterema sekundami, co daje nam jakieś półtora miesiąca (czterdzieści dziewięć dni) roboty na czterdzieści trzy strony, dwadzieścia pięć tysięcy czterysta dwadzieścia słów i trochę ponad sto siedemdziesiąt dwa tysiące znaków. Czyli w przeliczeniu na dzień pisałem podobno trzy i pół tysiąca znaków dziennie, co nie byłoby taką bzdurą, bo starałem się pisać co najmniej jeden fragment dziennie, codziennie, choć oczywiście czasem zdarzało mi się popełnić trochę więcej, czasami natomiast wcale, bo akurat skupiałem się na innych projektach (głównie Kwant Filozoficzny).

KONIEC NUMERKÓW ;)

Fabuła

Pomysł zrodził się dość spontanicznie i od samego początku bardzo szybko ewoluował. Na samym początku miała być to historia wielu gladiatorów, którzy spotkawszy się na arenie odmawiają walki przeciw sobie, a następnie uciekają, by zgromadzić armię i obalić złego króla.
Pomysł padł natychmiast, gdy tylko „zabiłem” Rektara, jednego z pierwotnych bohaterów, których była szóstka, bardzo mocno oklepanych bohaterów – był typowy krasnolud-inżynier, który miał zadbać o machiny latające oraz sprzęt oblężniczy, łuczniczka, która miała za zadanie przekonać do swej sprawy elfów, mężczyzna walczący kijem (nawet nie dałem mu jakiegoś konkretnego charakteru), dziewczyna parająca się walką krótkimi mieczami, osiłek (Rektar) oraz mag.
Każdy z nich miał po kolei przekonywać do swej sprawy konkretnych sojuszników – łuczników oraz władców bestii z lasów elfów, jednostki latające, wilków morskich, rolników mających zapewnić zaopatrzenie całej armii, skalnych golemów oraz Ludzi Mgły, zabójców.

Jak pisałem, temat upadł niemal natychmiast, już w drugim fragmencie, gdy umarł Rektar, a głównym bohaterem przez chwilę był dowódca organizujący natarcie na bestię, który jednak… też zginął, a ja zostałem z nędznym kupcem Rhebem, który musiał udźwignąć ciężar całej fabuły ;)

Dalej pomysł miał tylko ogólny zarys, który rozwijał się co najwyżej kilka fragmentów do przodu, choć podążał ogólną ścieżką, którą ustaliłem na samym początku – spokoje zbieranie sił, odparcie Karran, a następnie inwazja ich świata.

Bohaterowie

Osobiście najbardziej do gustu przypadła mi Aenna. Wydawała mi się ciekawą postacią, choć zdaję sobie sprawę, że po zgromadzeniu wszystkich w jednym miejscu zeszła na dalszy plan, a jej potencjał nie został w pełni wykorzystany.
W początkowych zamysłach miał nastąpić jakiś przełom, który zmusi ją do wykorzystania jej pełnej mocy, głośnej inkantacji, dzięki której stanie się CośPrzerażającoPotężnego. Nie wyszło. Ale nie stawiam jeszcze kropki nad „i”, możliwe że jeszcze kiedyś powrócę do tej postaci.

Rheb od początku mógł wzbudzać nieco negatywne emocje, ale jednocześnie winno się czytelnikowi zrobić go odrobinę szkoda. Tak przynajmniej próbowałem to zbudować. Z czasem Rheb traci jednak swoją maskę nieznanego, acz dobrego gościa, gdy podczas przybycia do zatoki Ak’t, gdzie rezyduje armia, nagle zmienia się, co finalnie wyjaśnia się na samym końcu.

Goltan jest od początku do końca dobrym gościem, choć wydawać by się mogło, że przez pewien czas siły działające na Rheba zaczynają na niego działać.

Jak się pisało?

Cóż… Samo prowadzenie fabuły było ogólnie bardzo przyjemne. Podczas pisania musiałem zrobić sobie dwie przerwy, żeby odpocząć od tematu, ale wtedy nie leniuchowałem i zająłem się kolejnymi projektami, więc nie mam na co narzekać.

Końcówkę uważam za bardzo słabą. Mam wielki problem z końcami, próbuję jak najszybciej dotrzeć do końca, skracając wiele rzeczy i robiąc je byle jak, co widać po ostatnim fragmencie, który możliwe że kiedyś jeszcze rozbuduję. Możliwe że jeszcze przed publikacją tego tekstu, gdyż w momencie, kiedy to piszę, na blogu właśnie pojawił się piętnasty z trzydziestu fragmentów.

Zagadki

Po pierwsze – może to nie być widoczne tak dobrze, jak będzie to pokazane w kolejnej opowieści – Kwant Filozoficzny – ale większość, jeśli nie wszystkie numery użyte przeze mnie są liczbami ciągu Fibonacciego, którego jestem wielkim fanem ;)

Jeśli chodzi natomiast o bardzo skomplikowaną, ale i – jak sądzę – interesującą zagadkę, jaką są imiona bogów… tutaj będę musiał wyjaśnić trochę więcej.

Pierwsza trójka bogów, którzy powstali na potrzeby opowieści – Ur, Eb i Oe byli zupełnie przypadkowi. Pomysł na krótkie imiona wpadł mi po prostu do głowy podczas piania, a ja postanowiłem na tę modłę tworzyć wszystkie pozostałe imiona bogów, by wszystko wydawało się być jedną całością.
Podczas pisania jednego fragmentów, gdy wprowadzałem boga Wa, zauważyłem że… z imion bogów można ułożyć jakiś konkretny napis, jakoby odwieczną przepowiednię przesłaną przez stworzycieli samych bóstw.

Wpierw wypiszmy wszystkich bogów, jacy pojawili się w opowieści Ramię w ramię:

Ur – bóg - mąż
Eb – bogini - żona
Oe – bogini mądrości, magii
Wa – bóg pracy
Be – bóg obfitych plonów
F – bóg zła
Yo - patron wynalazców
Is - bóg władców
Re - bóg wojny i oblężenia
Rh – opiekun gignatów

Mamy więc Ur, Eb, Oe, Wa, Be, F, Yo, Is, Re oraz Rh. Szybko można wyłapać słowo, które po przeczytaniu go sto czterdzieści jeden razy w opowieści można mieć już dość – Rheb.
Lecz co z tym Rheb’em?

RhEb Is YoUr FOe, BeWaRe.

Na polski: Rheb jest waszym wrogiem, uważajcie.

Ostrzeżenie od samych bogów do ludzi Nowego Świata oraz do czytelnika, choć ostatnie fragmenty układanki w postaci Re oraz Is pojawiają się w ostatnim fragmencie.


Uważam, że sprawa byłaby nie do odgadnięcia, gdyby komuś nie wskazać dokładnie czego ma szukać. Albo w ogóle – ŻE ma szukać ;)

Dalsze losy?

Część elementów pozostała nie do końca wyjaśniona, głównie ze względu na moją niecierpliwość.

Po pierwsze – wsparcie powietrzne które zdobył Rheb. Mieli oni przybyć podczas zażartej walki z lotnictwem nieprzyjaciela, ratując skórę armii Nowego Świata. Może i tak było, Ramię w ramię na ten temat milczy.

Po drugie – skarb oferowany w zamian za stworzenie machin latających przez Donka.
Owszem, skarb istnieje, kartka jest prawdziwa i zawiera odpowiednie koordynaty. W jaskini jednak znajduje się tylko wielki kufer, w który leży piękny zwój, opieczętowany przez samego Rheba, na którym napisane jest „Marzenia są warte więcej niż góra złota…”
Ciekawe czy tak samo stwierdzi Donk, po tym jak wyda każdego miedziaka by wywiązać się ze swego zobowiązania…

Po trzecie – co dalej z Nowym Światem, Goltanem i Rhebem?
Sprawę pozostawiam częściowo otwartą. Goltan wraca do Nowego Świata i wraz z pomocą ocalałych żołnierzy odbiera władze dotychczasowym monarchom, jednocząc Urusynów i Ebsynów, lecz niedługo po tym następuje kolejna inwazja Karran, która…
No właśnie tutaj następuje ta otwarta część ;)

Chyba tyle, i tak już rozpisałem się jak głupi.
Blog ma ten plus, że każdy chętny może zadawać dodatkowe pytania, na które postaram się odpowiedzieć. A jeśli samo podsumowanie przyjmie się dobrze, po każdej opowieści będę pisał taki „raport bitewny” z pola walki, na którym jeno wyobraźnia i pióro (a raczej klawiatura) może posłużyć za wartościowy oręż.

Do zobaczenia w kolejnej opowieści Kwant Filozoficzny!
Graphoman

P.S. Aha! Do wszystkich fanatyków, którzy jednak dopatrzyli się tego, czego tak bardzo się wstydzę – połączone armie Nowego Świata mają co prawda skrót UE, od Urusynów i Ebsynów, ale NIE MA to żadnego związku z Unią Europejską, której jestem zagorzałym przeciwnikiem.

Tfu. Że też spod mojej ręki takie ścierwo powstało ;)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

#30 Ramię w ramię

Ku uldze Rheba oraz Goltana z dalszej walki zrezygnowało tylko kilkudziesięciu mężczyzn, głównie starych lub posiadających duże rodziny. Nie odchodzili w chwale, ale też nie zostali wyszydzeni i napiętnowani.
Posłańcy wysłani przez Urusyna wrócili kilka dni później, przywodząc ze sobą trzynaście sporych łodzi, za które zapłacili z resztek złota, jakie posiadał Rheb. W ciągu kolejnego tygodnia armia Nowego Świata zebrała odpowiednie ilości prowiantu, a następnie wyruszyła w długi rejs ku swojemu przeznaczeniu.

Lądowanie przebiegło nader sprawnie. Statki przybiły do zatoki, gdy śnieg zaczął już topnieć.
Nikt nie przybył na powitanie wojsk Nowego Świata. Nikt nie patrolował linii brzegowej, a przez cały czas pospiesznego wypakowywania broni oraz prowiantu nie napotkali nawet jednego tubylca, który mógłby zaalarmować wojska Karran.
Rheb i Goltan zebrał na uboczu kilku najlepszych ludzi, których wybrał jeszcze nim wyruszył, a następnie nakreślił im swój plan.
 - Przeglądałem mapy Starego Kontynentu. Kraj dzieli się na kilka prowincji, każda silnie ukierunkowana na konkretne potrzeby, które zaspokaja, odbierając wszystko inne od pozostałych – powiedział Rheb, wyciągając stary zwój z zatartymi liniami nakreślonymi na pergaminie.
 - W ten sposób, gdy odetniemy jedną z dróg zaopatrzeniowych, pozbawimy pozostałych określonych towarów – dopowiedział Goltan, który wcześniej omówił ze swoim przyjacielem ogólny plan ataku.
 - Dlatego właśnie rozdzielimy swoje siły na trzy grupy uderzeniowe. Jedna, dowodzona przez Goltana, ruszy na południe, do krainy żyznych ziem, spichlerza Starego Kontynentu – Agricola Major. – Pasterz kiwnął głową, potwierdzając słowa Urusyna.
 - Druga grupa, którą poprowadzisz ty, Aerbie, ruszy na północ, do przemysłowej prowincji, by odciąć ich pozostałe linie zaopatrzeniowe – powiedział Ebsyn.
 - Ja natomiast, z największą grupką naszych wojsk, ruszę środkiem, przez Magus Pentia do Populus Regnum, gdzie zaczekam na was. Dopiero wtedy uderzymy na samą stolicę i przejmiemy władzę – dokończył Rheb, spoglądając na wszystkich zgromadzonych wokół mapy.
Ich twarze wyrażały zdumienie, ale i podziw. W ich umysłach wciąż roztaczał się obraz pokojowego, opływającego bogactwami państwa Nowego Świata oraz Starego Kontynentu, zebranego pod jedną banderą Ebsynów i Urusynów.
 - Koniec gadania, wyruszamy – powiedział Goltan, przerywając moment ciszy, jaki zapadł na kilka chwil. Wszyscy kiwnęli głowami wrócili do swoich zajęć.

Kłosy wysokich traw kładły się pod naporem podmuchów ciepłego, wiosennego wiatru, sprawiając że polana falowała niby zielony ocean, na którym powoli płynęła luźno rozstawiona kolumna pieszych.
Goltan szedł między innymi, wspierając się na swoim pasterskim kiju, przeczesując wzrokiem horyzont rozległych, nieobsianych jeszcze pól, które były w stanie wyżywić dziesiątki tysięcy ludzi, a także pojedyncze nieużytki i zagajniki, które wkomponowywały się w krajobraz wprost perfekcyjnie.
Setce żołnierzy towarzyszyła dość luźna atmosfera – wszyscy wokół rozmawiali ze sobą, nie kryjąc swojej obecności, nie czując żadnego zdenerwowania groźbą ataku nieprzyjaciela. Odkąd oddzielili się od pozostałych wojsk nie napotkali ani jednego patrolu wroga, a wszystkie wioski, które mijały, witały ich z pewną dozą nieufności, lecz zdecydowanie nie agresywnie.
 - Rheb miał rację. Te Karrańskie psy wysłały wszystkie swoje wojska do Nowego Świata – rzucił głośniej ktoś z kolumny, przekrzykując ogólny gwar.
 - Nie przeszło im nawet przez myśl, że młody szczeniak, którego wyhodowali pod własnym nosem też potrafi ugryźć! – dodał ktoś inny, a wokoło wybuchło kilka donośnych śmiechów.
Trawy dookoła zafalowały, a wszystkie rozmowy nagle ucichły. To nie wiatr je poruszył.
 - Tarcza przy tarczy! Tarcze na zewnątrz! – krzyknął dowódca, wypychając Goltana między zacieśniające się szeregu, samemu stając między innymi tarczownikami.
Spomiędzy traw wstał tuzin mężczyzn, do tej pory przysypanych grubą warstwą suchych łodyg, które teraz powoli opadały na ziemię. Wszyscy trzymali w rękach łuki, naciągając cięciwy.
 - Głowy w dół! Wszyscy za tarcze! – krzyknął dowódca, kuląc się za własną pawężą.
Kilkanaście strzał przecięło powietrze i wbiło się w drewno z głuchym dźwiękiem. Ktoś krzyknął, zapewne ugodzony pociskiem, lecz większość kolumny pozostała nietknięta.
 - Teraz! Grupa pierwsza spomiędzy tarcz. Szarża! – znów wykrzyknął głównodowodzący, chowając swoją pawęż tak, by przepuścić żołnierzy.
Kilkunastu mężczyzn wybiegło spomiędzy szeregów wojsk Nowego Świata z okrzykiem na ustach. Natychmiast uderzyli na łuczników, którzy jeszcze nie zdążyli nałożyć strzał na cięciwy, związując ich walką. Chwilę później reszta oddziału ruszyła na wroga, przytłaczając go liczebnie w stosunku dziesięć do jednego.
Goltan pokiwał głową w zdumieniu. Doskonale wyszkoleni, perfekcyjnie zdyscyplinowani. A jeszcze kilka miesięcy temu każdy z nich krył się we własnym domostwie, bojąc się o życie swoje i swoich bliskich.

Kapłani oraz magowie z Magus Pentia byli nader skorzy do współpracy, wysyłając poselstwo w stronę nadchodzących wojsk gdy te ledwie pojawiły się na horyzoncie. Rheb zaakceptował ich ofertę, zaniechując walki oraz oblegania tej części Starego Kontynentu w zamian za całkowitą uległość względem nowego władcy, ktokolwiek miałby nim zostać.
Populus Regnu, zgromadzenie wszystkich posłów z każdej części Starego Kontynentu nie było jednak aż tak skore do współpracy. Ich główna siedziba, Poppolo Gubernato zamknęła wszystkie swoje bramy, wystawiła na mury setki łuczników i oczekiwała na przybycie nieprzyjaciela.
Rheb rozkazał rozbicie obozu z dala od zamku, by pozostać poza zasięgiem łuków oraz innych machin miotających wielkimi strzałami czy kamieniami. Jednocześnie rozkazał też rozpoczęcie montowania trebuszy, by zmiękczyć nieprzyjaciela oraz – przede wszystkim – stworzyć wyrwę w fortyfikacjach, przez którą mógłby przeprowadzić swoich ludzi.
Z początku wszystko zdawało się iść zgodnie z planem, lecz gdy tylko pierwsze kamienie ze świstem pomknęły w stronę murów twierdzy, zza zamku w powietrze wzbiły się istne chmary statków latających, które szybko pogrupowały się w mniejsze oddziały i ruszyły na stanowiska wojsk Nowego Świata.
 - Do tyłu! Za tarcze! Zostawić sprzęt, i tak go spalą! – krzyczał Rheb, mając nadzieję, że jego rozkazy dotrą do wszystkich.
Ludzie zebrali się w centrum, pozostawiając trebusze bez opieki, kryjąc się trwożnie za sporymi pawężami, które jednak były w stanie ochronić przed ostrzałem z powietrza co najwyżej dwa pierwsze rzędy.
Pierwsza salwa gradu strzał oraz kamieni runęła prosto w wojska Nowego Świata, zbierając okrutne żniwo.
 - Rozproszyć się! Szeroko! Łucznicy – strzelać bez rozkazu! – krzyczał Rheb, samemu unosząc nad głowę mocną, drewnianą tarczę, w którą wbiła się lecąca w jego kierunku strzała.
Kolejna salwa przeciwnika wyrządziła mniejsze straty, lecz wciąż zabiła kilku dobrych żołnierzy. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Ebsyni i Urusyni nie mieli praktycznie żadnej możliwości wali z jednostkami latającymi – strzały miotane w kierunku statków zwyczajnie nie dolatywały na taką wysokość.
Ktoś spomiędzy chaosu, jaki rozgorzał wśród armii wrzasnął coś, wskazując na zachód. W oddali pojawiły się niewyraźne kształty statków powietrznych wysłanych zapewne wiele dni temu przez Gonka.
 - Nie mogli trafić lepiej… - wyszeptał Rheb i wyrwał z ziemi jedną z flag armii Nowego Świata, machając nią z całych sił, by dać znać pilotom, że potrzebują pomocy.
Gdy tylko ze sterowców wystrzelone zostały mniejsze, zwinne aeroplany, które uderzyły na ociężałe i prymitywne jednostki wojsk Starego Kontynentu, losy bitwy na ponów przeważyły się na korzyść Rheba. W ledwie kilkadziesiąt minut wszystkie wrogie statki zostały zestrzelone lub zmuszone do odwrotu, a trebusze znów rozpoczęły ostrzał, zmuszając Poppolo Gubernato do poddania się.
Poselstwo, machając już z oddali białymi flagami przyniosło podpisany przez przedstawicieli wszystkich prowincji certyfikat oddający władzę samemu Rhebowi, pod warunkiem że poprzedni monarcha ustąpi z tronu.
Wszystko wydawało się iść zdecydowanie zbyt łatwo, jakby sami bogowie maczali palce w losach śmiertelników.
Pokonanie wielkiego muru ogradzającego Regnum Elevato, miejsce rezydowania króla oraz jego przybocznych, nie zajęło nawet dwóch dni, choć budowla miała kilkanaście metrów grubości – była na tyle szeroka, że dwa konne zaprzęgi mogłyby przegalopować obok siebie, nie płosząc ani jednego wierzchowca.
Re, bóg wojny i oblężenia był łaskawy dla armii prowadzonych przez Rheba, a Is, bogini władców lada dzień miała również napoić swój apetyt, odrąbując zgniłą kończynę, jaką wydawał się być ówczesny władca Starego Kontynentu.
Dzień później armie Nowego Świata stanęły pod murami Magna, stolicy i miejsca rezydowania samego króla.

Tymczasem Gonk, wiele setek kilometrów dalej, nie mogąc opanować drżenia rąk, ściskał w dłoniach prosty list zalakowany pieczęcią Rheba. Rozerwany papier mieścił w środku krótką notkę, przeczytaną już przez Erra wiele razy.

Ledwie kilka kroków w wąwozie postawisz, skieruj się w prawo, między kamienie ułożone na sobie. Nie dłużej niż pięć minut drogi dalej na kolejny trakt trafisz, który prosto do groty cię zaprowadzi.
Wejdź, nie zapalając pochodni, a odkryjesz skarb, którego każdy dosięgnąć by pragnął.

Gonk stał przed czernią ziejącą z jaskini, czując jak serce bije mu z całych sił, próbując wydrzeć się na wolność z klatki piersiowej. Err wszedł do środka i niemal natychmiast zobaczył stojącą na samym środku jaskini skrzynię, większą od jego samego, zamkniętą, lecz niezabezpieczoną żadnym zamknięciem.
Gonk podszedł ostrożnie do skarbu, położył dłonie na ciężkiej pokrywie, a następnie naparł na nią, odrzucając ją do tyłu. Podciągnął się na rękach, zaglądając do środka, gdzie zobaczył jednak tylko niepozornie wyglądający kawałek drewna. Err stracił całą siłę i bezwładnie opadł na ziemię, zanosząc się bezsilnym rykiem.
Na kawałku drewna wypisane było: „Tajemnica większą ma wartość niźli całe złoto świata w jednym miejscu zebrane…”.

Rheb otworzył wielkie, zdobione drzwi i wszedł do środka. Sala tronowa była przytłaczająco ogromna. Wysokie okna podzielone przez stalowe ożebrowanie na małe, smukłe fragmenty wpuszczały dużo światła, które odbijało się od złotych ozdób znajdujących się na ścianach oraz w wysokim, ostro zakończonym sklepieniu. Dywan, po którym szedł, był miękki – purpurowa tkanina doskonale wytłumiała jego kroki.
Kilku ostatnich gwardzistów nerwowo poprawiło uchwyt na swoich broniach, celując grotami długich włóczni prosto w serce Rheba.
 - Cóż za ironia… Jeszcze niedawno to ty rozdawałeś karty, miałeś w rękach wszystko, a teraz… - Urusyn szedł spokojnym krokiem w kierunku tronu i siedzącego na nim starego króla.
 - Jestem gotów pertraktować! Wygraliście, dam wam słowo mojego rodu, że nigdy już nie będziecie nękani przez nasze wojska! – Władca był wyraźnie spanikowany i chwytał się każdej brzytwy, którą był w stanie znaleźć.
 - Pertraktować? – Rheb zaśmiał się głośno. – Całe twoje dziedzictwo leży u moich stóp. Zdjęcie korony z twojej ściętej głowy to tylko formalność, staruchu.
 - Senat nigdy nie stanie po twojej stronie! Nigdy nie będziesz prawdziwym władcą Starego Kontynentu, bękarcie! – Król wstał i teraz odgrażał się pięścią, postradawszy resztki strachu na rzecz honoru, który jeszcze w nim pozostał.
 - Doprawdy? – zapytał Urusyn, wyciągając zwitek papieru z podpisami wszystkich przedstawicieli Populus Regnum.
Władca zamarł. A więc to naprawdę był jego koniec.
 - Opuścić bronie. Nikt już nie zginie w moim imieniu – powiedział starzec. Żołnierze spojrzeli po sobie, ale nie opuszczali swojego stanowiska. – Z drogi! Słyszeliście co powiedziałem!
Tym razem gwardziści unieśli włócznie i zeszli z podwyższenia, na którym umieszczony był tron, ustawiając się po bokach sali.
Rheb tymczasem dotarł już do stóp schodów i postawił pierwszy krok, zbliżając się coraz bardziej do króla.
 - Spraw, by było szybko i bezboleśnie. – Władca powoli uklęknął i opuścił głowę, zamykając oczy.
Rheb wyciągnął swój dwuręczny miecz, zamachnął się i ściął starca jednym, czystym uderzeniem. Czerep upadł na drogi dywan i brocząc krwią potoczył się, zatrzymując pod stopami Urusyna, nim ciało uderzyło o podłogę. Kupiec przyklęknął, ściągnął koronę ze skroni byłego króla i założył ją.
Nim Goltan razem z kilkoma towarzyszącymi mu żołnierzami wbiegli do sali tronowej, Rheb siedział już na tronie, a wokół niego kłębiło się kilkunastu doradców, którzy wyrośli jak spod ziemi.
 - Skończone. Udało się, wygraliśmy – powiedział pasterz, chowając miecz do pochwy i idąc w stronę swojego przyjaciela.
 - Skończone – odparł kupiec, poklepując Goltana po ramieniu.
 - Co teraz? Dokąd idziemy?
 - Ja zostanę tutaj, upewnię się że Nowy Świat już nigdy nie padnie ofiarą Karran. A Ty wrócisz do domu i zjednoczysz Ebsynów oraz Urusynów, tworząc nowy, lepszy kraj.
 - Naprawdę sądzisz, że to może się udać? – zapytał pasterz z lekkim niedowierzaniem w głosie.
 - Oczywiście. Masz za sobą ludzi i to oni nadadzą ci władzę – powiedział Rheb.
 - A więc… ruszamy. Opatrzymy rany i ruszamy do domu.
Kupiec pokiwał głową, a później został odciągnięty przez jednego z doradców. Goltan zaśmiał się i wrócił do swoich ludzi, wydając nowe rozkazy.

 - Jaki mamy potencjał militarny? – zapytał Rheb jednego z mężczyzn, którzy zebrali się w sali tronowej, gdy już Goltan wraz z pozostałymi wyruszył w drogę powrotną.
 - Wciąż cztery tysiące regularnego wojska, a do tego trzy razy tyle poborowych, panie – odpowiedział starzec z równo przystrzyżoną siwą brodą.
 - Doskonale. Wysłać wszystkich do Nowego Świata. Przed końcem żniw chcę mieć każdy metr tego przeklętego miejsca na własność.
 - Jaka strategia, panie? – zapytał inny, również wezwany na zebranie.
 - Wybić ich wszystkich, zrównać z ziemią budynki. Zbudujemy wszystko na nowo, gdy inwazja się skończy – powiedział Rheb, a jego twarz wykrzywił szyderczy uśmiech.

F zaśmiał się szyderczo w swoich rozległych, mrocznych komnatach.

piątek, 11 kwietnia 2014

#29 Ramię w ramię

Goltan podszedł do Rheba, kładąc mu dłoń na ramieniu. Urusyn stał z dala od innych, wpatrując się w falujące wody oceanu.
 - Świetna robota. Nie miałem pojęcia, że jesteś takim dobrym dowódcą – powiedział Goltan.
 - To było nic. Mieliśmy gigantyczną przewagę, nie ważne kto i w jakiej konfiguracji by ruszył do boju, zwycięstwo byłoby nasze.
 - Ale dzięki tobie przeżyło tak wielu. Nie mówiąc już o pozostałych mieszkańcach Nowego Świata. Teraz wszyscy mogą wrócić do swoich domów.
 - Niestety nie mogą, Goltanie. Słyszałeś ich posłańca – przybędzie ich więcej. Z każdym miesiącem będziemy z trwogą wypatrywać, czy nie nadchodzi kolejna chmara tego ścierwa. To nie może się tu zakończyć. Musimy ruszyć dalej, dokończyć cośmy rozpoczęli.
 - Czy mam rozumieć, że…
 - Tak, uderzymy na Stary Kontynent, podbijemy go i zapewnimy pokój przyszłym pokoleniom.
Goltan zaniemówił. Przez cały ten czas planował tylko zebranie armii w celach obronnych, by uchronić Nowy Świat przed zagładą, ale nigdy nie myślał, że mogliby wyprowadzić kontratak.
 - Zorganizowanie takiej wyprawy zajęłoby tygodnie, miesiące! Poza tym ludzie nigdy nie pójdą za tobą na wojnę.
 - Posłańców w poszukiwaniu łodzi oraz zapasów rozesłałem w dniu, w którym przybyliśmy do zatoki Ak’t, powinni zjawić się tu lada dzień. A ludzie… przybyli tłumnie by bronić swego kraju na swych własnych ziemiach. Wystarczy odrobinę połechtać ich ego, by ruszyli dalej, podbijać nowe lądy – Rheb zaśmiał się krótko.
Goltan pokręcił głową, ale musiał przyznać, że sama idea zrzucenia jarzma Starego Kontynentu zapalała płomień woli walki w jego sercu. Urusyn mógł mieć rację co do swojego planu.
 - Policz, proszę, ludzi. Sprawdź ilu poległo, ilu jest rannych. Rozkaż rozbicie obozu i… odwiedź gigantów. Rozkaż im wartę na brzegu, dopóki nie wrócimy. Bez problemu odeprą falę Karran, która mogła już wyruszyć ze Starego Kontynentu. – Rheb odwrócił się do swojego przyjaciela i spojrzał mu w oczy. – Dziś zapiszemy karty historii według naszego uznania.

 - Ruszamy na Stary Kontynent. Przygotuj ludzi, łodzie powinny pojawić się lada dzień – powiedział Urusyn do Kala, gdy wreszcie znalazł go w tłumie.
 - Stary Kontynent? Czyś ty kompletnie oszalał, synu Ura? – zapytał Ebsyn, marszcząc brwi.
 - Nie. Musimy pójść za ciosem i zwalczyć zło w zarodku. Inaczej nigdy nie uwolnimy się spod ich ja…
 - Przestań sączyć jad w me uszy! – wybuchł nagle Kal. - Zgodziłem się wam pomóc ze względu na Goltana. To miała być wojna defensywna – wypędzimy Karran, i powtarzam, mieliśmy ich wypędzić, a nie wybić, a następnie wrócimy do domów. Nie postawię nogi na cudzej ziemi. Zbyt dobrze znam już smak lęku, jaki towarzyszy inwazji, by skazywać innych na te same cierpienia.
 - Naprawdę sądzisz że po tym Karranie zost…
 - Tak! – przerwał mu krawiec. - Dokładnie tak sądzę i nie jestem sam! Idź i walcz, jeśli masz ochotę. Ja i każdy, kto nie chce pójść z tobą na rzeź wróci do swojego domu.
 - Doskonale. Doskonale, idź. Mam po swojej stronie wystarczająco dużo ludzi.
Ebsyn odszedł, kręcąc głową z niedowierzaniem, a Rheb zauważył kapłankę, która stała nieopodal, w milczeniu obserwując całe zajście.
 - A Ty, służąca Oe? Ruszysz ze mną na Stary Kontynent? – zapytał Urusyn z gniewem w głosie.
Dziewczyna pokręciła lekko głową.
 - Moje miejsce jest wśród ludzi tych ziem. Muszę powrócić na swoją misję. Nie będę wam już potrzebna – powiedziała Aenna.
Rheb poczuł delikatne ukłucie strachu. A jeśli zostanie przy nim zbyt mało ludzi, by mógł dopiąć swego?
 - Potrzebuję ostatniej przysługi od elfów, które ze sobą przywiodłaś, dziewczyno – zagrzmiał Urusyn.
Kapłanka opuściła oczy, czując falę lęku płynącą z nie do końca zagojonej rany zadanej przez lata strachu.
 - Nim wrócą do swoich lasów, niech rozdzielą się i przeszukają okoliczne wioski oraz zagajniki. Musimy zdusić wszystkie oddziały Karran, które mogły ukryć się na tych ziemiach.

Aenna pokiwała głową i odeszła.

środa, 9 kwietnia 2014

#28 Ramię w ramię

Łuki zajęczały, a po chwili, na głośny rozkaz dowódcy łuczników, strzały przecięły powietrze.
Znaczna ich część poleciała zupełnie nie tam, gdzie powinna, lecz część dosięgnęła swojego celu. Ktoś padł za barykadami zbudowanymi z zaostrzonych pali oraz piaszczystych nasypów. Palisada ciągnęła się również za umocnieniami zewnętrznymi, broniąc dostępu do głównej części obozu.
Kolejna salwa została wystrzelona, również trafiając kilku żołnierzy wroga, lecz nie wyrządzając większych strat.
 - Gotować piechotę. Dwa pełne oddziały naprzód, kolejne dwa w odwodzie – rozkazał Rheb, a jego słowa zostały przełożone na język krótkich, niskich dźwięków i pokrzykiwań.
Odziani w zbroje płytowe ruszyli pierwsi, wyciągając swój oręż i szykując się do walki. Zaraz za nimi poszli nieco słabiej uzbrojeni, ale za to zwinniejsi.
Idąc w dół zbocza, poczynali mimowolnie nabierać prędkości, stopniowo przechodząc w lekki trucht, a następnie rozluźniając szyk i ruszając pełną szarżą, z okrzykiem na ustach. Kilku wrogich łuczników wypuściło strzały, które dosięgnęły swojego celu, uśmiercając kilku żołnierzy Nowego Świata, lecz to nie powstrzymało pozostałych przed wpadnięciem między barykady i rozpoczęciem istnej rzezi niewielkich grupek obrońców pochowanych za prowizorycznymi osłonami.
 - Ostrzał od południa, zróbcie wyrwę z fortyfikacjach. – Rheb całkiem przejął inicjatywę, a nikt z pozostałych nie pomyślał nawet o podważaniu jego autorytetu. Urusyn zwyczajnie wydawał się dokładnie wiedzieć co robi, a ani pasterz, ani krawiec, ani nawet uczona w rozmaitych sztukach Aenna nie czuła się wystarczająco pewnie, by swoimi decyzjami narazić na śmierć choć jednego człowieka.
Kurier na koniu wystrzelił jak z procy, galopując wzdłuż krawędzi doliny. Minął czekających w gotowości łuczników oraz odwody piechoty, pikinierów, którzy widząc go unieśli swoje broni, by przypadkiem nie zranić wierzchowca. Ruszył dalej, omijając od tyłów niewielki oddział kawalerii oraz warczące niespokojnie szare bestie, by dotrzeć na najdalszą część prawego skrzydła. Tam grupa cieśli z pomocą kilku mężczyzn, którzy pamiętali jeszcze z bajań własnych ojców czasy zasiedlania Nowego Świata, sprawdzała czy konstrukcje pnących się wysoko trebuszy są wystarczająco solidne, by oddać choć kilka salw podczas dzisiejszej bitwy.
 - Ostrzał od północnej strony! Tylko wyrwa, ostrzał nie wyniszczający! – krzyknął kurier, uspokajając rozedrganego konia. Jeden z mężczyzn kiwnął głową i przekazał rozkazy dalej. Wszyscy zakrzątnęli się, naciągając liny, szykując amunicję oraz ustalając kąty odpowiednie do strzału.
Pierwsze pociski przeleciały wielkim łukiem, upadając w samym środku obozu, wyrządzając zapewne trochę szkód, ale nie wykonując swojego zadania.
 - Bliżej, panowie. Zmienić kąt! – krzyknął jeden ze starszych, a pozostali, wciąż krzątając się między machinami, nanieśli odpowiednie poprawki.
Ta salwa dotarła znacznie bliżej celu, tym razem jednak połamała tylko kilka zaostrzonych palów ustawionych od południowej strony gęstym murem, mającym za zadanie powstrzymać szarżę kawalerii.
 - Wyśrodkować! Nie chcę ani jednego zmarnowanego pocisku! – krzyknął wspierający się na lasce ogniomistrz.
Kamienne kule wzbiły się w powietrze, a następnie ostrym łukiem zmieniły tor lotu, lądując prosto w palisadzie, przewracając zbyt płytko wbite pale, robiąc niewielką wyrwę.
Pozostałe wojska zawrzały, krzycząc w triumfie.
 - Pierwsze linie do środka, wysłać odwód do zabezpieczenia dziury. – Ktoś niemal natychmiast przetłumaczył rozkazy Rheba, a wojska ruszyły według jego woli.
 - Kawaleria od zachodniego wejścia do obozu. Jadą w naszą stronę – powiedział Goltan, wskazując ręką na jeźdźców wyjeżdżających z drewnianej bramy, formujących się powoli w klin.
 - Pikinierzy, naprzód i w lewo, ustawić ścianę pik – rozkazał Rheb, nie spuszczając oczu z wojsk docierających właśnie do wyrwy i przedostających się przez nią do środka.
Jak można się było spodziewać, rozpaczliwa szarża Karran została rozniesiona w pył przez pikinierów. Konni nawet nie próbowali uniknąć swojego przeznaczenia, zapewne uznając ostatnim wysiłkiem woli, że wolą zginąć w walce, niż zarżnięci jak świnie przez przeważające siły wroga.
 - Dostali czego chcieli… - wyszeptał Rheb. – Wycofać piechotę z obozu! Wróg jest w odwrocie.
Kurier zawahał się przez chwilę, ale popędził w dół doliny z drewnianą piszczałką w ustach, rozkazując żołnierzom wycofanie się i powrócenie na swoje pozycje.
 - Wysłać bestie, szeroką ławą. Niech zmiotą ten obóz i każdego, kto jeszcze w nim pozostał – powiedział Rheb, odchodząc. Goltan spojrzał w dół doliny, na walczące wojska, a później na swojego przyjaciela. Ruszył w ślad za nim.
W tym samym momencie, gdy piechota przegrupowała się i zaczęła wspinać w górę zbocza, krzycząc i wiwatując, szare stwory z elfami skaczącymi zwinnie na ich grzbietach ustawiły się w długą, podwójną linię i natarły na obóz.

Gdy kurz zaczął opadać, nie pozostał kamień na kamieniu, o który warto by było się zatroszczyć.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

#27 Ramię w ramię

Dwa tygodnie forsownego marszu później wojska ustawiły się w równej linii wzdłuż granicy doliny w której swój obóz rozłożyli Karranie, po drodze rozbijając ledwie kilka niewielkich grupek zwiadowczych. Pojedyncze improwizowane sztandary przedstawiające zielono-niebieską szachownicę ze splątanymi literami E i U łopotały na wietrze. W obozie panował gwar. Ludzie w czarnych tabardach uwijali się jak w ukropie, gorączkowo szykując ostatnie fortyfikacje, przynosząc dodatkowe strzały i szykując się do walki.
Giganci czekali w odwodzie razem z Hortem, czekając na odpowiedni moment, by uderzyć. Bestie przywiedzione przez Aennę, na wespół z elfami starającymi się uspokoić zwierzęta, mimo że te wyczuwały już nadchodzącą bitwę, zostały zgrupowane na wschodzie, gdzie fortyfikacje wydawały się najtrudniejsze do spenetrowania przez piechurów, lecz mogły zostać łatwo zmiecione z ziemi przez tłum szarżujących potworów. Całą centralną część linii frontu stanowiła piechota armii Nowego Świata, zebranych pod jedną flagą. Lepiej uzbrojeni zostali umieszczeni na samym przedzie, świecąc płytowymi zbrojami i wypolerowanymi hełmami, ściskając w rękach lśniące miecze, najeżone kolcami maczugi i pachnące jeszcze świeżym drewnem włócznie. Wszyscy pogrupowani zostali do odpowiednich pododdziałów, tak by mogli w razie czego reagować na różne rodzaje kontrataków Karran, jakie mogą nadejść. Pierwsze pięć rzędów miało też w rękach duże, okrągłe pawęże, by choć częściowo ochronić się od ostrzału nieprzyjaciela.
Armia Nowego Świata miała również oddziały łuczników, w większości słabo wyszkolonych w sztuce strzeleckiej, lecz ich umiejętności musiały wystarczyć do osłabienia – i tak już niskiego – morale przeciwnika oraz zmiękczenia obrony. Na prawym skrzydle czekały również pozostałości kawalerii – większość ludzi, którzy przybyli na koniach, została rozesłana w celu znalezienia jak największej ilości okrętów.
Najdalej na lewym skrzydle ustawiło się dowództwo armii, z Rhebem, Goltanem, Aenną oraz Kalem na czele, w towarzystwie kilku kurierów na koniach oraz trębaczach, którzy mieli za zadanie szybko przekazywać rozkazy do odpowiednich rozdziałów walczących już na polu bitwy.
 - Zaczyna się. Aż do dziś nie chciało mi się wierzyć, że uda nam się osiągnąć tak wiele… - powiedział cicho Goltan, delektując się cieplejszą bryzą wiejącą od morza.
 - Nie chwal dnia przed zachodem. Bitwa jeszcze się nie rozpoczęła, nie znamy prawdziwego potencjału Karran. Może się okazać, że mają w odwodzie coś, czego się nie spodziewamy – rzuciła Aenna, nie spoglądając na pozostałych. Bogowie odebrali jej piętno nieśmiałości, lecz mimo to wciąż nie pałała sympatią do innych.
 - Nonsens. Wygramy nim słońce zajdzie za horyzont, nie tracąc nawet setki ludzi – zadudnił Rheb, krzywiąc się na myśl o przesadnej ostrożności jego sojuszników.
W oddali, z obozu Karran wychynął jeździec i galopem puścił się w stronę linii frontu armii Nowego Świata.
 - Konia! – zawołał kupiec. Ktoś usłużnie podstawił dwa wierzchowce, na które wdrapał się Rheb oraz Goltan. Pozostali zostali, obserwując sytuację z oddali.
Najeźdźca w czarnym tabardzie na twarzy wymalowane miał czyste przerażenie oraz rozpacz. Gdy tylko podjechał odpowiednio blisko, zsiadł z wierzchowca i opadł na kolana, pochylając głowę. Przywódcy powstania zatrzymali się kilka metrów przed Karranem, stając do niego bokiem.
 - W imieniu mojego dowódcy, Adbemira Morwobrodego oraz samego władcy Starego Kontynentu, proszę was, dobrzy ludzie Nowego Świata o pokój i pozwolenie na opuszczenie tych ziem – powiedział drżącym głosem klęczący.
Goltan otworzył już usta, lecz Rheb ubiegł go, rycząc ostrym, gniewnym głosem:
 - Pokój? Opuszczenie tych ziem? Tylko tyle macie nam do powiedzenia po zniszczeniu naszych osad, wybiciu naszych ludzi, spustoszeniu połowy naszych terytoriów? Raczysz kpić, psie! Wracaj do swojego czarnego pana i powiedz mu, że Karranie opuszczą tę ziemię tylko w jeden sposób – gdy ich krew spłynie już do oceanu.
Wysłannik najeźdźców zadrżał.
 - Mój pan prosi tylko o możliwość pokojowego rozwiązania tego konfliktu…
 - Zamknij się, ścierwo! Pomiocie piekielny, mam nadzieję że zdechniesz ostatni, w wielkich cierpieniach! Poproś mojego syna, albo jego rodzinę – Rheb wskazał ręką na swojego przyjaciela. – żeby pokojowo rozwiązali ten konflikt. Krew zmyć możemy tylko krwią, więc stajemy tu dziś, ramię w ramię, by ukrócić waszego nędznego żywota. Wracaj do swojego dowódcy i powiedz mu, że dopóki ostatni Karran stoi na tej ziemi, nie ustąpimy ani o krok.
Klęczący podniósł się i spojrzał kupcowi w oczy.
 - Do tych brzegów przybiją jeszcze nasze wojska. Będzie ich więcej, będą lepiej wyposażeni i wyszkoleni. Wtedy pożałujecie tych słów, głupcy!
Rheb splunął pod nogi Karrana, gdy ten odwracał się i wdrapywał na konia. Goltan od momentu rozpoczęcia rozmowy nawet nie mrugnął. Nie znał Urusyna od tej strony, ale w swojej głowie tłumaczył to sobie wszystkimi uczuciami, jakie targały nim, gdy tylko myślał o swoim zmarłym synu. W głębi duszy czuł się podobnie, gdy tylko twarz jego żony i córki wypływała przed jego oczy.
Dowódcy zawrócili, galopując w stronę stanowiska dowodzenia.
 - Jakie postanowienia? Co uzgodniliście? – zapytał Kal, łapiąc wodze jednego z wierzchowców.
 - Wybijamy ich do nogi. Ani jeden ma nie uciec – warknął Rheb, ustawiając się w dogodnym miejscu.
Pozostali spojrzeli po sobie z trwogą. Wszyscy czuli ogromny gniew spowodowany tak zuchwałym najazdem, ale agresja i moc z jaką działał kupiec poraziła ich wszystkich.
 - Dać rozkaz łucznikom do rozpoczęcia ostrzału – ryknął Urusyn, a odpowiedni trębacz zadął w swój instrument.

Dwa rzędy mężczyzn wystąpiły przed szereg.

piątek, 4 kwietnia 2014

#26 Ramię w ramię

Wiatr hulał jak oszalały, wciskając w twarz śnieg, który niósł ze sobą. O ile Rheb był w stanie przeciwstawić się żywiołowi, bo miał na twarzy gogle oraz gruby szal, o tyle Goltan, targany przez wicher oraz miarowy, kołyszący krok olbrzyma, zmagał się jednocześnie z mrozem, śniegiem i nudnościami.
 - Widzę wodę! – krzyknął Rheb, przelatując nisko nad głową Horta.
Pasterz wychynął spomiędzy koców, w które się owinął, i zobaczył nierówną taflę morza na horyzoncie.
Kupiec ustawił skrzydła tak, by łapały nieco mniej wiatru, a następnie zanurkował, lecąc na zwiad. Wrócił po kilku minutach. Starał się utrzymywać maszynę we w miarę stabilnym locie okrężnym, by móc przekazać dłuższą wiadomość swojemu przyjacielowi. Z oddali wyglądało to jakby natrętna mucha krążyła wokół głowy golema, tylko czekając na rozgniecenie z ręki żywiołaka.
 - Udało się! Se… - Rheb odleciał trochę dalej, więc jego głos utonął w śnieżycy. – Setki ludzi, może nawet tysiące! Ebsyni i Uru… Ebsyni i Urusyni odpowiedzieli na wezwanie!
Goltan całkiem już odgrzebał się w koców i stanął ostrożnie na głowie golema, wpatrując się w dal.
Faktycznie, choć większość namiotów przykryta była warstwą śniegu, na obszernych polach przy zatoce Ak’t znajdowało się co najmniej dwieście sporych prowizorycznych schronień, a małe, czarne mrówki krzątające się między nimi sprawiały wrażenie, że wszystko porusza się i tętni życiem.
Goltan uśmiechnął się szeroko i zaśmiał w głos.
Pierwsi ludzie zaczęli zbierać się od północno – zachodniej strony. Część z nich była uzbrojona – niektórzy mieli lepszej lub gorszej jakości miecze, topory i bronie obuchowe, inni trzymali w rękach proste, długie drewniane łuki ze strzałami nałożonymi na cięciwy. Ciekawe jak wielkie wrażenie na Horcie wywarłoby kilka grotów lecących w jego stronę…
Rheb wylądował pierwszy, na kilkadziesiąt metrów od linii ustawionych ludzi. Nim zdążył zdjąć gogle, czapkę i szal, Goltan został delikatnie opuszczony na ziemię przez golema, przed którym wszyscy cofnęli się o kilka metrów. Ożywione rozmowy ludzi wskazujący to na żywiołaka, to na gigantów, to na dziwną, latającą machinę wypełniły zatokę Ak’t.
Przez tłum ktoś zaczął się przebijać, a wszyscy którzy spostrzegli kim jest ów człowiek, odsuwali się z szacunkiem, skłaniając lekko głowy.
 - Kal! – wykrzyknął Goltan, podchodząc do przyjaciela.
Uścisnęli się, po chwili i Rheb podał rękę krawcowi.
 - Cóż to za cuda i dziwy? – zapytał Kal, spoglądając na gigantów.
 - Miałem pytać o to samo – zaśmiał się uradowany Rheb, rozglądając się po obozie. – Ilu ludzi przybyło?
 - Mamy ponad tysiąc mężczyzn, Ebsynów i – co dziwniejsze – Urusynów. Pierwsi przybyli tu jakieś dwa tygodnie temu, a każdego dnia pojawia się kilku kolejnych.
 - Tysiąc ludzi? Wszyscy uzbrojeni? Toż to armia, którą podbilibyśmy cały Stary Kontynent… - wyszeptał Rheb, a w jego oczach błysnął blask chciwości.
 - Wpierw odbijmy nasze ziemie, później będziemy planować przejęcie władzy nad światem! – roześmiał się Goltan.
 - Chodźcie do namiotu, napijemy się czegoś, omówimy szczegóły – zaproponował Kal, kładąc ręce na ramionach obu mężczyzn.
 - Zaraz do was dołączę – powiedział pasterz, wyślizgując się spod dłoni krawca. Podbiegł do stóp Gurba, który przyklęknął i nadstawił swojego skalnego ucha.
 - Ty i giganci możecie rozłożyć się od północnej strony obozu. Gdy tylko ustalę co się tu dokładnie dzieję, przyjdę do was i wszystko omówimy. Na razie ty jesteś tutaj dowódcą.
Gigant skinął głową, a następnie wstał, podchodząc do swoich pobratymców, by przekazać im rozkazy. Goltan upewnił się, że golem również ruszy razem z olbrzymami, a następnie ruszył szybkim krokiem w kierunku namiotu, który wskazali mu żołnierze.

 - Tysiąc ludzi, tuzin gigantów, skalny golem… - powiedział Kal, stawiając przed każdym cynowe kubki wypełnione kwaśnawym winem.
 - Do tego małe wsparcie od naszych braci wynalazców, które udało mi się załatwić – dodał Rheb, pociągając krótki łyk trunku i krzywiąc się.
 - Po drodze widziałem też kilka trebuszy, które były rozmontowywane. Mamy nawet artylerię! – powiedział Goltan.
 - Mamy też po swojej stronie setkę bestii, którym nawet najcięższa kawaleria nie dorasta do pięt – dodała dziewczyna w niebieskim habicie, która niespodziewanie weszła do namiotu.
Krawiec sięgnął do pasa po miecz, lecz Rheb powstrzymał go dłonią. Dziewczyna rozejrzała się po wnętrzu prowizorycznego schronienia, a następnie przysiadła się do lichego, drewnianego stołu.
 - Jaki macie plan ataku? Co i jak mamy robić? – Kal zgrabnie zignorował przybycie nowego gościa, mając nadzieję że obecność dziewczyny wyjaśni się prędzej czy później.
 - Uderzymy od frontu, mamy miażdżącą przewagę liczebną. Karranie są wyniszczeni przez dotychczasową inwazję, musieli szybko organizować schronienie na zimę, a przede wszystkim, wcale nie przybyło ich tu tak wiele. Rheb oszacował że nie ma ich tu więcej niż kilka setek.
 - Prawda. Nasze straty nie powinny być zbyt duże i właśnie dlatego, część ludzi musimy rozesłać dalej – powiedział kupiec.
Wszyscy zamarli, wpatrując się w Urusyna z zaciekawieniem.
 - Po co dzielić i tak dość skromne siły? Owszem, mamy przewagę, ale co jeśli Karranie są lepiej wyszkoleni? – zapytał wreszcie Kal.
 - To patałachy. Sam rozpłatałem dwóch w kilku cięciach - to musieli być poborowi – wyjaśnił Rheb.
 - Gdzie zatem mamy wysłać naszych? Co planujesz? – zapytał Goltan.

 - O tym porozmawiamy później. Teraz wydaj rozkaz wymarszu, musimy ruszyć na północ jak najszybciej to możliwe – powiedział kupiec, wychodząc.

środa, 2 kwietnia 2014

#25 Ramię w ramię

Zmrożona ziemia zadrżała, a przysypane śniegiem rośliny zrzuciły z siebie odrobinę białego puchu. Po chwili kolejny wstrząs poniósł się po równinie, płosząc wszystkie ptaki. Uderzenia przeszły w nieregularny tupot olbrzymich stóp, które powoli przemierzały krainy Nowego Świata, idąc w niewielkiej kolumnie przewodzonej przez małego człowieczka siedzącego na czubku głowy skalnego golema.
 - Ach, jak przyjemnie jest od czasu do czasu rozprostować nogi… Wstyd przyznać, ale nie ruszyłem się ze swojej góry od tysiąca trzystu lat… - zagrzmiał żywiołak, zwracając się do mężczyzny.
 - To… kawał czasu, Hort – odpowiedział Goltan, ciaśniej opatulając się kocem. Mroźne wiatry przy powierzchni ziemi były niczym w porównaniu z tymi, które hulały tak wysoko, szczególnie jeśli było się niesionym przez chwiejącego się na boki skalnego golema.
 - Jestem Hortoneuaumanieunuuminiusz, człowieku! Nie godzi się skracać mojego imienia do prostego „Hort”! – zagrzmiał żywiołak, choć pasterz doskonale wiedział, że tylko się droczy. Wbrew pozorom, akurat ten skalny golem nie był aż tak sztywny, jak by wynikało z twardości skał, z których był zbudowany.
 - Dobrze, Hort.
Obaj zaśmiali się, i o ile głos Goltana co najwyżej mógł zaniepokoić śpiącego w zagajniku nieopodal królika, tak żywiołak zagrzmiał tak, że drzewa rosnące nieopodal pogubiły cały śnieg zgromadzony na ich gałęziach.
 - Ludziaku-pasterzu! – zawołał Gurb, zrównując się w marszu z żywiołakiem, przy którym wyglądał jak dwunastolatek stojący obok swojego rosłego ojca. – Ludziaku-pasterzu, od zachodu leci wielki ptak!
Goltan zmarszczył brwi i spojrzał we wskazanym przez olbrzymia kierunku. Faktycznie, spomiędzy padającego śniegu, gdzieś w oddali szybowało coś, co wydawało się co najmniej smokiem pochodzącym z baśni.
 - Stop! Wszyscy zatrzymać się! – krzyknął pasterz, a Gurb przekazał jego rozkaz pozostałym poprzez podniesienie ręki. Kolumna stanęła, a sam Hort obrócił się w stronę nadlatującego obiektu, marszcząc swoje kamienne brwi.
Ptak zbliżał się z szaleńczą prędkością, lecąc wprost na Goltana. Dziwny stwór przeleciał kilka metrów nad jego głową, a ktoś ze środka krzyknął:
 - Ty szalony Ebsynie, udało ci się!
Pasterz roześmiał się w głos.
 - Mógłbyś postawić mnie na ziemi, Hort?
Golem mruknął krótko, przystawił dłoń do swojej głowy, czekając aż mężczyzna wdrapie się na jego skalne palce. Ostrożnie przeniósł go na dół, a następnie pozwolił zejść.
Dziwny, drewniany konstrukt, który początkowo wzięli za ptaka, okazał się jakąś dziwną machiną latającą, która właśnie lądowała, zataczając coraz mniejsze kręgi. Gdy tylko dotknęła ziemi, ze środka wyskoczył opatulony w ciepłe ubrania mężczyzna z goglami przysłaniającymi oczy. Goltan natychmiast ruszył biegiem ku niemu.
Złączyli się w długim uścisku, śmiejąc się jak wariaci.
 - Ty szaleńcu, naprawdę udało ci się przekonać olbrzymów! – powiedział Rheb, ściągając kawał materiału zakrywający jego twarz.
 - Po to mnie wysłałeś. Miałem wrócić z niczym? – zapytał Goltan, odwracając się w stronę nowych sojuszników. – To jest Gurb, on przekonał swoich pobratymców do wyruszenia z nami na wojnę. – Wskazał giganta o długich włosach, który machnął delikatnie potężną łapą. – To natomiast jest Hort, skalny golem, o którego prosiłeś.
Żywiołak skinął olbrzymią głową, mrucząc pod nosem swoje pełne imię.
 - Jesteś absolutnie szalony, Goltan. Będziesz musiał mi wszystko opowiedzieć, ale teraz musimy dotrzeć do zatoki Ak’t, sprawdzić ile wojska stawiło się by walczyć dla naszej sprawy. – powiedział Rheb, a pasterz przytaknął.
Hort uniósł swój kamienny palec do góry, nasłuchując czegoś.
 - Ziemia drży. Biegnie ku nam wiele par stóp – powiedział golem.
Dopiero teraz mężczyźni poczuli, że coś jest nie tak jak powinno być. Rozejrzeli się dookoła i spostrzegli setki szarych bestii wynurzających się zza horyzontu, pędzących w pełnym galopie w ich stronę.
Rheb wrócił myślami do swojego ostatniego dnia na arenie. Przypomniał sobie potwora, który wywołał w nim paraliżujący strach. Jeszcze raz przeżył upadek i przypadek, który pozwolił mu na przeżycie, ucieczkę. Niemal natychmiast przeskoczył w czasie do przodu, przypominając sobie pierwsze spotkanie z Goltanem.
 - O, Urze, miej łaskę… - wydukał, opadając na kolana. Pasterz złapał go pod ramię i podciągnął do góry.
Potwory zbliżały się niepokojąco szybko.
 - Nie atakować, dopóki nie rozpoczną bojowej szarży! – powiedział Goltan, upewniając się że każdy gigant zrozumiał jego rozkaz.
Po grzbietach bestii skakało kilka smukłych postaci, wykonując swój skomplikowany taniec. Na jednym z szarych zwierząt siedziała nieruchomo jakaś postać, której nie potrafili rozpoznać. Wkrótce koło szarych, dyszących potworów otoczyło ich całkowicie, a istota dosiadająca jednego ze stworów opadła delikatnie na ziemię i podeszła do dwójki mężczyzn.
 - To wy jesteście Rheb i Goltan? – zapytała młoda kobieta, z której biła niespotykana moc i siła.
Kupiec i pasterz pokiwali głowami.
 - Przybywam by zaoferować wam pomoc moją, przedstawicielki zakonu Oe oraz tych kilkunastu władców bestii.
Dopiero teraz Goltan rozpoznał błękitny symbol widniejący na piersi dziewczyny.
 - To będzie dla nas zaszczyt, pani. – Rheb wystąpił do przodu i ukłonił się delikatnie. Kątem oka spostrzegł jak jego gwałtowny ruch sprawił, że kilka elfów napięło mięśnie, gotując się do ataku. Są jej całkowicie oddani. Będą doskonałymi sojusznikami.
 - Jeśli mógłbym zapy… - zaczął Goltan, lecz dziewczyna uciszyła go uniesieniem dłoni.
 - Na rozmowy przyjdzie czas potem. Na razie musimy ruszać, w zatoce Ak’t mogą być potrzebujący.
Mężczyźni pokiwali głowami i stali jak zahipnotyzowani, gdy dziewczyna odwróciła się, wspięła się na bestię i dała rozkaz do wymarszu. Stwory zatoczyły spore kółko, drażniąc nieco niespokojnych olbrzymów, a następnie zniknęli za horyzontem. Rheb bez słowa ruszył w stronę swojego aeroplanu, a Goltan jako ostatni pomaszerował ku Hortowi, który natychmiast przetransportował go na czubek swojej głowy.

Po tej dziwnej rozmowie, wszyscy po prostu ruszyli dalej, spiesząc ku zatoce Ak’t, by wreszcie rozpocząć główną część planu.

poniedziałek, 31 marca 2014

#24 Ramię w ramię

Aenna już od kilku godzin szła szybkim krokiem przez las. Zboczyła ze szlaku, wiedząc, że do miejsca jej przeznaczenia nie prowadzą żadne ścieżki.
Masakra w wiosce nie pozostawiła nikogo przy życiu nikogo. Wszyscy zmarli na miejscu, nieraz w wielkich katuszach, a symfonii destrukcji dopełniła śmierć samego winowajcy, pozostawiając dziewczynę jako ostatnią ocalałą.
Słowa mężczyzny wciąż rezonowały w jej głowie, wracając gdy tylko myślała, że uwolniła się od nich choć na chwilę. „Znajdź dziewczynę…”. „Aenna”. Czy to naprawdę mógł być jej wybawca sprzed tych wszystkich lat? A jeśli tak, to w jaki sposób sprowadził na siebie tak straszliwy los. I czy to, że go zabiła świadczy o największej niewdzięczności oraz zdradzie, czy może wręcz przeciwnie – pomogła w wyzwoleniu swojego wybawcy spod jarzma F, a wszystko to uczyniła w dobrej wierze, próbując ratować innych ludzi od jego niszczycielskiej mocy.
Pytania krążyły wokół jej głowy przeplatane co chwila urywanymi słowami maga. Aenna mogła udać się tylko w jedno miejsce, by poznać prawdę – do lasu dzikich Elfów, które – choć bardzo niegościnne i wrogo nastawione do wszystkich spoza ich rasy – znane były ze swych niesamowitych umiejętności magicznych oraz posiadania potężnych artefaktów, które mogły jej pomóc znaleźć odpowiedzi na pytania, które ją dręczyły.
Dziewczyna przystanęła. Ptaki toczące śpiewne boje ponad jej głową nagle zamilkły. Nie była już sama, została zapewne zauważona przez patrole Elfów, które teraz okrążały ją i powoli zbliżały się, by schwytać ją, lub zabić na miejscu. Taki był jednak jej plan.
Jej bariera, utrzymująca stałą temperaturę, znikła, a zimny wiatr przebił się prosto przez jej cienki habit, wywołując przejmujący dreszcz. W tym samym momencie ktoś pojawił się tuż za nią. Czuła ciepło jego ciała, zupełnie inne od otaczającego ją chłodu. Dłoń dotknęła jej ramienia, a po chwili uderzyły na nią dziesiątki liści, rozstępując się jednak na chwilę przed tym, nim dotknęły jej twarzy. Wszystko znieruchomiało tak szybko, jak się zaczęło, a tajemnicza dłoń zniknęła. Gdy Aenna obejrzała się za siebie, nie dostrzegła nikogo.
Znajdowała się w niewielkim pomieszczeniu w całości zbudowanym z ciasno upakowanych liści oraz gałęzi spajających wszystko ze sobą. Pośrodku pokoju znajdowała się okrągła studnia wypełniona po brzegi niesamowicie niebieskim płynem, który zdawał się emanować jasnym światłem.
 - Odpowiedź na twoje pytanie brzmi – tak. To on – rozległ się głos zaraz obok jej ucha. Tafla wody zafalowała.
Aenna wzdrygnęła się i natychmiast odwróciła w stronę z której dobiegał dźwięk, lecz nie była w stanie nic dostrzec.
 - Był opętany przez F, wyświadczyłaś mu przysługę, więc nie miej żalu. A teraz słuchaj uważnie, bo twoje przybycie tutaj ma swoje źródło w planach samych bogów.
Dziewczyna zmarszczyła brwi i postąpiła krok do przodu, ku niesamowitej studni.
 - Na południu burzy się porządek, ale i nowy ład powstaje. Iskierka wolności zapalona przez szarego błyska coraz bardziej intensywnie, niedługo wybuchnie potężnym płomieniem, przywracając pokój… lecz losy te wciąż jeszcze nie są pewne. – Woda marszczyła się i buzowała z każdym słowem, na swój sposób nadające emocje wypowiadanym słowom. - Na wielkich wodach pojawiła się już czarna plaga, która przybędzie z pomocą swoim dzieciom. Musisz iść. Musisz ruszyć ku zatoce Ak’t, jak nazwaliście ją wy, synowie i córki Eb, by wspomóc armię, która się tam zbiera. Twoje czyny nie będą znaczne, ale przeważą szalę na stronę twoich braci.
 - Ale… co z…
 - Nie winnaś się kłopotać, bo bogowie spoglądają na ciebie łaskawie i zdejmą z twego gardła czarny łańcuch nałożony przez F, który jednak więcej dobrego niż zła uczynił. Moc twoja jest wielka, a gdy poparta zostanie zdecydowaną inkantacją, niespotykane rozmiary zyska. Użyj jej w służbie dobra, a bogów dary posypią się na ciebie i lud twój. Sprzeciw się im jednak – woda chlusnęła pod samo sklepienie, a ton nagle zmienił się na bardziej bezosobowy – a gniew ich będzie okrutny.
Ktoś złapał ją za ramię i delikatnie odciągnął od elfki, która stała tuż przy niej. Wszystko natychmiast zniknęło w gąszczu, jakby drzewa i krzewy same pragnęły ukryć swój słodki sekret. Trzymająca ją dłoń zniknęła, a ptaki na ponów zaczęły śpiewać. Znalazła się na ośnieżonej równinie, kilkaset metrów od linii drzew. Dziewczyna wzięła głęboki wdech, czując jak zimne powietrze łaskocze jej gardło. Oddech ten wydawał się być inny, lżejszy. Jakby z jej piersi zdjęty został wielki ciężar.
W oddali usłyszała niski, grzmiący dźwięk, jakby zbliżał się do niej front burzowy. Dźwięk narastał, a wraz z nim do uszy Aenny zaczęły dochodzić pojedyncze, wysokie szczeknięcia i kliki, które z każdą chwilą stawały się coraz bardziej wyraźne. Dziewczyna powoli lustrowała linię drzew, szukając oznak ruchu, starając się odnaleźć źródło niepokojącego dźwięku.
Nagle, spomiędzy potężnych pni w pełnym galopie wybiegły dziesiątki olbrzymich bestii o szarej skórze, pędzących wprost na nią. Aenna w pierwszym odruchu podniosłą zasłonę, a następnie przygotowała się do rzucenia zaklęcia, lecz wiedziała, że walka przeciw takiej hordzie jest bezcelowa. Nim jednak rzuciła się do bezcelowej ucieczki, spostrzegła że po grzbietach potworów z gracją skaczą wysokie postaci, tańcząc, w wielkich susach przesadzając z bestii na bestię, co jakiś czas wydając szczekające, wysokie krzyki. Stado zaczęło powoli zbijać się w ciaśniejszą kulę, a następnie rozstąpiło się, otaczając Aennę ciasnym kołem.
Potwory miały na pyskach olbrzymią, ciężką kostną zasłonę. Z ich wielkich nozdrzy buchały kłęby pary. Jedna z wysokich postaci zeskoczyła z gracją na ziemię, a następnie podeszła do dziewczyny. Elf przykląkł na jedno kolano i spuścił głowę.
 - Jesteśmy władcami bestii, pani. Z rozkazu Przedwiecznej stawiamy się na rozkaz by wspomóc ciebie i twoich braci w walce o wolność tego świata.
Aennę zaczął pochłaniać chód niepewności i strachu, lecz wtedy błękitny symbol na jej piersi zapulsował słodkim ciepłem, a wszystkie te uczucia odpłynęły w niebyt.
 - Przyjmuję was i wasze bestie. Jedziemy do zatoki Ak’t, elfie – powiedziała Aenna z niespodziewaną pewnością siebie. Dopiero teraz zauważyła, że klęczący przed nią tancerz miał na ramieniu czerwony liść wykonany z metalu – najprawdopodobniej były to insygnia władzy, bo pozostali, stojący na baczność, porozrzucani po grzbietach całego stada, nie posiadali takiego akcentu.
 - Jestem Elnao, pani. Mamy przygotowaną uprzęż na jednej z bestii, specjalnie dla ciebie. Nie minie tydzień, a dotrzemy na miejsce.
Aenna skinęła głową i wyciągnąwszy rękę pozwoliła się poprowadzić do jednego z potworów, który zaczął niespokojnie oddychać i uderzać nogami o ziemię. Kilku władców bestii ruszyło w jej kierunku, gotując się na ujarzmienie bestii, lecz dziewczyna położyła delikatnie dłoń na kostnym pancerzu jednej z nich. Stwór spojrzał na nią wielkim, czarnym ślepiem i uspokoił się. Pozostałe elfy zamarły.

Faktycznie bogowie musieli jej sprzyjać, bo właśnie ze smutnej konieczności stała się dla władców obiektem podziwu. Z gracją wspięła się po sznurowej drabince i usiadła na niskim fotelu przymocowanym pasami do tułowia bestii. Elnao wydał rozkaz, a pozostali rozpierzchli się, pokrzykując i zachęcając potwory do biegu w określonym kierunku.

piątek, 28 marca 2014

#23 Ramię w ramię

Pasterz skinął głową, dając znak Gurbowi by ten uderzył w ziemię swoją maczugą. Skała ożyła, a Goltan odskoczył od ściany i zakrył głowę, by uchronić się od spadających odłamków. Golem oddzielił się od góry, która gościła go przez ostatnie kilkaset lat, a następnie stanął przed małym człowieczkiem, spoglądając na niego z pogardą.
 - Kto ośmiela się budzić mnie z odwiecznego snu? – zapytał grzmiącym głosem, który niósł się po okolicznych szczytach, powoli rozpływając się w świszczącym wietrze.
 - Jestem Goltan, człowiek i przybyłem by prosić cię, o wielki, byś wspomógł te ziemie w potrzebie.
 - A czemu miałbym to zrobić? – zaśmiał się golem. – Jakie to wielkie zagrożenie przybywa na ten świat?
 - Ludzie. Inni, źli ludzie, którzy pragną zniszczyć wszystko na ich drodze.
 - Widziałem już wzrost i upadek dziesiątek cywilizacji. Ludzie, elfy, gobliny, giganci – każdy miał swój czas świetności. Skalne golemy nie zamierzają mieszać się w te… niesnaski, drobne przepychanki. Gdybyś widział w swym życiu tyle, ile jam zobaczył, wiedziałbyś dobrze że twoja tragedia jest tylko jednym tchnieniem losu, nic nieznaczącym i trwającym jeno chwilę.
Goltan pokręcił głową.
 - To dlatego nie ma już na tych ziemiach skalnych golemów. Wszystko zaczyna układać się w jedną całość.
Żywiołak mruknął pod nosem, oczekując dalszych wyjaśnień.
 - Chłodno kalkulujecie i wyłączacie się z każdego możliwego konfliktu. Nigdy nie pomogliście jeszcze nikomu, bo tak było wam najwygodniej. A co z rzeczami ważniejszymi od własnego życia? Honor? Prawda? Jedność? Nigdy nie stanęliście ze sobą ramię w ramię i właśnie przez to zostaliście jeden po drugim zniszczeni. Obojętni na wszystko, niechętni do działania. Gdy w walce padali wasi bracia, wy cieszyliście się tylko, że to nie po was przybyli. Czy warto jest czekać na własną zagładę, czy może choć raz w życiu wziąć sprawy w swoje ręce i zapisać się na kartach historii? Mieć faktyczny wpływ na świat.
Golem parsknął.
 - A to ci dopiero, człowiek poucza odwiecznego strażnika gór… - zaśmiał się żywiołak.
 - Jaki z ciebie strażnik, skoro nigdy nikogo nie uchroniłeś od śmierci, kupo kamieni?! – wykrzyknął Goltan, a sam Gurb, choć prawie był w stanie spojrzeć w oczy golemowi, odsunął się, przestraszony.
 - Nikt nie będzie plamił honoru przedwiecznego! – krzyknął golem i zamachnął się, próbując zgnieść Goltana.
W tym samym momencie jednak gigant rzucił się do przodu i zablokował jego uderzenie potężną maczugą, która choć złamała się w pół, wyhamowała impet ciosu golema.
 - Któreś z moich dzieci odważyło się przeciwstawić mnie, by chronić ciebie?! – zapytał ze zdumieniem żywiołak.
 - W nich drzemie jeszcze krztyna honoru. Są gotowi oddać życie, byle ratować swój lud. Nie to co ty, psie ścierwo. – Goltan splunął, a Gurb pokręcił z niepokojem głową, odsuwając się znów na względnie bezpieczną odległość.
 - Hmm… - mruknął golem. – Muszę przyznać, człowieku, że dałeś mi do myślenia…
Pasterz spojrzał w górę, uśmiechając się lekko.
 - Dobrze. Tak, zrobię to. Jako jeden z ostatnich strażników gór, pójdę za tobą, mały człowieczku, by bronić tych, którzy tego potrzebują. Może faktycznie przez te wszystkie lata zapomnieliśmy jak być prawdziwymi strażnikami…
Olbrzym spojrzał na golema z niedowierzaniem.
 - Zmierzamy w stronę zatoki Ak’t, golemie. Giganci pójdą zaraz za tobą, Gurb ich poprowadzi – powiedział Goltan.

Żywiołak wyciągnął skalną rękę w stronę człowieka, pozwalając mu na nią wejść. Położył go delikatnie na swojej głowie i ruszył spokojnymi, długimi susami na południowy wschód. Goltan zakleszczył się sprytnie pomiędzy kilkoma kamieniami tak, że był w stanie bez żadnej asekuracji siedzieć bezpiecznie na głowie golema. Pasterz zaśmiał się krótko, nie mogąc uwierzyć że właśnie przekonał do swojej sprawy oddział olbrzymów i skalnego golema.

środa, 26 marca 2014

#22 Ramię w ramię

Goltan miał na sobie gruby, wełniany sweter, a na niego narzucił dodatkowo pelerynę, by jeszcze lepiej ochronić się od lodowatego wiatru. Dotarł w górskie rejony już kilka dni temu, lecz wciąż nie napotkał ani jednego giganta, słyszał jednak z oddali niskie, basowe beczenie, świadczące o tym, że jest coraz bliżej swojego celu. Ręka była już niemalże całkowicie sprawna. Temblak zdjął jakiś czas temu i codziennie poświęcał coraz więcej sił na ćwiczenie zranionej kończyny. Wpierw blizna była zupełnie nierozciągliwa, nie pozwalając mu nawet na pełne wyprostowanie ręki, lecz z czasem nabrała elastyczności, a mięśnie pod nią zaczynały zyskiwać coraz więcej krzepy. Kij pasterski, który miał ze sobą, zdecydowanie pomagał w ćwiczeniach – wspierając się na nim i pomagając sobie podczas drogi mógł praktycznie przez cały dzień ćwiczyć zranioną kończynę tak, że teraz przywrócił jej prawie całkowitą sprawność.
Goltan wspiął się na niewielkie wzniesienie i spojrzał w dół, na spore obniżenie terenu, otoczone ze wszystkich stron wysokimi skalnymi półkami. Pośrodku znajdowała się niesamowita ilość owiec, które z jego perspektywy wydawały się wyglądać dość zwyczajnie, lecz gdy spostrzegł że patrzy na nie z odległości nie dwudziestu, a dwustu metrów, zdał sobie sprawę jak gigantyczne muszą być te zwierzęta.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę na co właśnie patrzy – wysokie skalne półki były nietypowymi ścianami zagrody przygotowanej specjalnie dla tego stadka olbrzymich owiec. Na przeciwległej stronie kanionu zauważył poruszający się miarowo pagórek, który rósł z każdą chwilą coraz bardziej.
Wreszcie Goltan rozpoznał ostre, niby wyciosane w skale rysy twarzy i długie włosy bujające się powoli z boku na bok. Olbrzym nie miał brody, ale jego ciemna karnacja sprawiała wrażenie, jakby wciąż miał na twarzy delikatny zarost. Gigant wspierał się ciężko na kiju pasterskim, zmierzając do skraju urwiska. Goltan popatrzył na swoją podporę, tak porażająco podobną do tej większej, dzierżonej przez wielkiego pasterza i uśmiechnął się.
 - Perfekcji nie da się poprawić – powiedział i ostrożnie spojrzał w dół. Ściana była praktycznie pionowa, ale kilkaset metrów dalej przechodziła w dość strome wzniesienie, pokryte teraz śniegiem i lodem – być może, jeśli zachowa odpowiednią ostrożność, uda mu się zejść po stoku wprost na sam dół doliny, a wtedy będzie mógł dotrzeć do giganta. Problemem niewątpliwie było stado wielkich owiec, które mogło go niechcący stratować, ale tym postanowił się martwić później.
Stanął na skraju stoku, który podczas cieplejszych miesięcy zapewne pokryty był delikatną trawą. To musiało być naturalne wyjście dla owiec prowadzonych na pastwiska z dala od wioski, w pobliżu której najpewniej się znajdował. Ostrożnie, starając się pochylać jak najniżej potrafił, zaczął powoli schodzić na dół. Z początku wszystko szło gładko, lecz ledwie kilka metrów niżej, poślizgnął się i zaczął zjeżdżać w pozycji półleżącej, z każdą chwilą nabierając prędkości. Z każdym przebytym metrem zaczynał coraz dotkliwiej czuć pod tyłkiem jak bardzo wyboiste i nierówne jest wzniesienie. Został na chwilę wyrzucony w powietrze przez jeden z większych garbów, a następnie wylądował twardo na zmarzniętym śniegu i lodzie. Siła upadku przekręciła go na bok i zmusiła do położenia się tak, że zaczął kręcić się coraz szybciej wokół własnej osi, staczając z pagórka. Podnóże jednak było blisko, dzieliło go od niego ledwie kilkadziesiąt metrów. Zaczynał stopniowo zwalniać, aż wreszcie zatrzymał się całkowicie. Wypluł śnieg, który dostał się do jego ust, wstał ostrożnie, czekając aż poczuje dokładnie wszystkie części ciała, które teraz go bolą. Uznał, że wszystkie kości ma całe, a siniakami martwił się będzie w drodze powrotnej, kiedy naprawdę zaczną mu doskwierać. Pozbierał wszystkie przedmioty, które wypadły z jego torby oraz te, które odczepiły się od jego pasa, a następnie ruszył, utykając nieco, w stronę giganta, starając się jak najszerszym łukiem omijać wszystkie leżące w śniegu owce.
Olbrzym klęczący przy jednej z owiec wpierw nie zwracał na niego uwagi, choć Goltan był niemalże pewien, że wiedział o jego obecności. Gdy znalazł się wystarczająco blisko, zaczął się na poważnie zastanawiać w jaki sposób może przywitać się z gigantem. Czy jest jakikolwiek dobry sposób zaczęcia takiej rozmowy?
 - Hej, mości pasterzu! – zawołał wreszcie, postanawiając oddać stery swojemu instynktowi.
Gigant mruknął coś pod nosem i wrócił do swojej pracy, przeczesując futro swojego zwierzęcia, sprawdzając czy wszystko jest z nim w porządku.
 - Pasterzu! Poratujesz brata łykiem zimnej wody? – krzyknął znowu Goltan.
 - My nie rozmawiamy z ludziakami! – wydudnił olbrzym, wstając i podchodząc do kolejnej owcy. Jego dwa kroki były dla Ebsyna dystansem, który musiał pokonać w kilkanaście minut. Gdy wreszcie zdyszany dotarł do wielkoluda, zaczął na ponów.
 - Też jestem pasterzem, mości olbrzymie. Czy choć na tej płaszczyźnie możemy osiągnąć porozumienie? – zapytał Goltan.
Gigant spojrzał na niego podejrzliwie. Mężczyzna uniósł w górę pasterski kij, który wciąż trzymał w dłoni.
 - Pasterzem czy nie, my nie rozmawiamy z ludziakami! – Olbrzym znów odszedł, tym razem w innym kierunku. Goltan nie postanawiał jednak poddawać się tak łatwo.
 - Pasterzu, olbrzymie, panie mój. Przybywam z daleka, a niosę jedynie straszliwe wieści moim braciom, którzy również zajmują się wypasem owiec. Sam jeszcze do niedawna miałem całkiem pokaźne stadko, ponad setka zwierzaków! Wspaniałe były, mądre, nigdy się nie rozchodziły, dopóki nie dotarły na pastwisko... – ciągnął Goltan, a olbrzym, choć mruczał gniewnie, nie odchodził, mimo że skończył już sprawdzanie tej konkretnej owcy.
 - Miałeś? Kto je zabrał? – zapytał wreszcie gigant.
 - Karranie, mości olbrzymie. Przyszli z inwazją na nasze ziemię i zrównali z ziemią wszystko, co zostało przez nas zbudowane. Zabrali owce. Zabrali domy. Zabrali… rodzinę. – Głos Ebsyna się załamał. Olbrzym wciąż nie odchodził.
 - To wasze problemy, ludziaki. Nasza wioska jest za daleko, by mogła zostać dotknięta przez waszych Karran. – Wielkolud wstał, ale nie ruszył w stronę kolejnego zwierzęcia.
 - Z całym szacunkiem, mości gigancie, ale nie masz racji. Karranie plenią się jak wszy na owcach, nie minie rok, nie miną dwa, a zapukają do waszych drzwi, teraz jednak już tak liczni, że nie zdołacie ich powstrzymać. Zabiorą wasze drogocenne owce. Zabiją każdego, kto im się nie podporządkuje. Zrównają z ziemią wszystko, co zdołaliście stworzyć. Jak najgorsza plaga, którą możecie sobie wyobrazić. – Goltan poczuł, że przemówił do samego rdzenia giganta, który zasmakował teraz choć odrobinę strachu.
 - Dlaczego więc tu jesteś, ludziaku? Nie powinieneś walczyć z Karranami razem z resztą swoich? – zapytał gigant, przyklękając i po raz pierwsze patrząc prosto na Ebsyna.
 - Przybyłem by prosić o waszą pomoc. Nie wygramy tej wojny sami, a olbrzymy mogłyby się stać naszymi największymi sojusznikami.
Olbrzym znów wstał.
 - Jak zwykle ludziaki chcą nas wykorzystać do swoich celów… Właśnie dlatego my nie rozmawiamy z ludziakami! – powiedział gniewnie gigant, odwracając się.
 - Zaczekaj! Jest coś jeszcze, o czym powinieneś wiedzieć. Karranie owszem, zniszczą nas i was, jeśli nie staniemy razem, lecz jeśli zgodzicie się nam pomóc, jesteśmy gotowi oddać wam wielkie połacie żyznych równin, na których dawno temu zamieszkiwaliście. Owce będą mogły najeść się wreszcie do woli soczystej trawy!
Olbrzym przystanął i zawrócił.
 - Równiny przodków? Chcecie oddać nam równiny przodków? – zapytał.
 - Oczywiście. Zrozumieliśmy błędy naszych poprzedników, wiemy jak wiele korzyści mogłaby przynieść wspólna koegzystencja, wymiana handlowa. Życie w pokoju.
Gigant mruknął niedowierzając.
 - Ludziaki zawsze coś kręcą… Ale takiej propozycji nie mogę powiedzieć „nie” bez rozmowy z innymi. Zaczekaj tu, ludziaku. Wrócę.
Olbrzym poderwał się i ruszył szybkim krokiem w stronę załomu. Goltan w ostatniej chwili krzyknął najgłośniej jak potrafił:
 - Jak ci na imię, mości pasterzu?
 - Gurb – głos giganta poniósł się po górach potężnym basem. Ebsyn poczuł, że zdobył chociaż jednego sojusznika.

Goltan rozpalił ognisko i przygotowywał sobie ciepłą potrawkę, czekając na powrót giganta. Brązowa, rzadka zupa bulgotała wesoło nad liżącymi żeliwny garnek językami ognia. Ziemie zaczęła drżeć, jakby same góry zaczęły rozdzierać się na dwoje. Ebsyn rozejrzał się i spostrzegł głowę Gurba wyrastającą powoli znad horyzontu.
Olbrzym podszedł do niego, przyklęknął i nachylił się.
 - Zdania są podzielone, ludziaku. Część wioski chce iść z tobą na wojnę. Młodziki chętne bitki i ci, którzy jeszcze wierzą w odzyskanie równin przodków. Starszyzna jednak zdecydowanie zakazuje wchodzenia w konszachty z jakimikolwiek ludziakami. Czy możesz dać mi słowo, że dopełnisz swej obietnicy? Równiny przodków są dla nas świętością, zrobię wszystko by je odzyskać, a za mną pewnie pójdzie najmniej połowa wioski. Muszę tylko być ciebie pewien, ludziaku.
Goltan nie wiedział co powiedzieć. Widział prawdziwą nadzieję i strach w oczach giganta. Wstał, podniósł swój pasterski kij i uniósł go wysoko nad głowę.
 - Na życie moje, moich przodków oraz mojego biednego stada owiec przysięgam, że ja, Goltan, syn Eb zwrócę gigantom ich nadaną przez bogów ziemię – równiny przodków.
Olbrzym skinął głową.
 - A jeśli kłamiesz, niech Rh ukróci cię o głowę – powiedział olbrzym, wspominając imię boga czczonego przez gigantów, przedstawianego jako rosłego mężczyznę wspierającego się na pasterskim kiju. Jego imię, ze względu na trudną do wymówienia konstrukcję często było zmiękczane do „Reh” albo „Rah”, lecz samogłoskę umieszczaną w środku starano się akcentować jak najsłabiej.
Goltan kiwnął głową na znak, że rozumie ciężar jaki spoczywa na jego barkach.
 - Czy potrzebujesz czegoś jeszcze poza uzbrojonymi gigantami? – zapytał Gurb.

 - W zasadzie… tak.

poniedziałek, 24 marca 2014

#21 Ramię w ramię

Zima zagościła na ziemiach Nowego Świata już na dobre. Rheb, okutany w dodatkową ciepłą pelerynę z trzech czwartych koła, na wespół z przeszywanicą zapewniała odpowiednią ilość ciepła podczas marszu za dnia, a dodatkowy koc narzucony w nocy razem z płonącym przez jakiś czas ogniskiem pozwalał na dotrwanie do rana.
Odkąd rozszedł się z Goltanem minęły dwa tygodnie. Według jego szacunków, Ebsyn znajdował się mniej-więcej w trzech czwartych drogi do swojego celu, a on sam lada dzień powinien dotrzeć do wioski Errów, gdzie zamierzał odświeżyć kilka starych kontaktów i zażądać odpłacenia się za kilka przysług.
Miasteczko tętniło życiem. Gwar słownych przepychanek i zażartych negocjacji słychać było już z daleka, a okazyjne głośne zgrzytanie, pojedyncze wybuchy oraz terkotanie pracujących maszyn przytłaczało, dopełniając pełnego obrazu Dioin. Rheb zatopił się w to wszystko z masochistyczną radością, przypominając sobie wszystkie swoje wizyty w tym mieście oraz związane z tym wspomnienia.
Gdy tylko wszedł między stragany, kilku kupców zwęszyło zapach złota i natychmiast przypadło do niego, oferując najwspanialsze wynalazki współczesnej nauki oraz najdoskonalsze materiały, które planowali sprzedać mu za bezcen. Chętnie zanurzyłby się w tym świecie, by wyłowić kilka perełek, ale dobrze wiedział, że nie był to ani czas, ani miejsce na tego typu przygody. Sprawdził dyskretnie, czy jego sakwa wciąż znajduje się na swoim miejscu, a następnie ruszył dalej główną ulicą, wypatrując wielkiego szyldu z napisem „Donk: od morza po gwiazdy”.
Warsztat jego przyjaciela nie zmienił się za bardzo. Czerwona farba użyta do wymalowania koślawych liter nieco pociemniała, a drzwi chyba nabawiły się nowej klamki, lecz poza tym wszystko było po staremu. Mężczyzna wszedł do środka i wciągnął w nozdrza słodki zapach obrabianego drewna.
Niski człowieczek z nieco za dużymi uszami wychynął z głębi warsztatu, trzymając w rękach spory przyrząd wyglądający na jakąś wariację na temat kuszy.
 - Rheb! Rheb, bracie! – wykrzyknął Err, upuszczając kawał drewna, idąc w stronę Urusyna z rozwartymi ramionami.
Kupiec nachylił się, by wygodnie objąć cieślę. Po chwili odsunęli się od siebie.
 - Co się tu sprowadza? Potrzebujesz napraw? A może dobijemy handlu? – Err uśmiechnął się szeroko.
 - Coś zupełnie innego, Donk. Mam dla ciebie potężne zlecenie, ale nie spodoba ci się jego charakter – powiedział Urusyn.
 - Nielegalna robota? Zatrute, ukryte ostrza? Nie, nie bawię się w takie rzeczy, Rheb, wybacz.
 - Uspokój się, zaproponuj coś ciepłego do picia i pozwól mi mówić, co, Donk?
Obaj zaśmiali się krótko. Err szybkim krokiem wszedł do innego pomieszczenia, z którego po chwili wyszedł, niosąc w rękach dwa kubki i dzbanek z parującym płynem. Zaprosił swojego gościa do stołu i sprawnie ponalewał grzane wino.
 - Och, tego mi było trzeba… - mruknął Rheb, pociągając pierwszy łyk. – Słuchaj, Donk. Potrzebuję armii.
Err roześmiał się głośno.
 - Armii? Zamierzasz wkroczyć na rynek w branży bandyty? Grabieże, gwałty, pamiątki?
 - Nie, Donk, to poważna sprawa. Karranie uderzyli na nas od wschodu.
Cieśla natychmiast spoważniał.
 - Słyszałem plotki, ale nie dawałem im wiary… Naprawdę są już w Nowym Świecie?
Rheb pokiwał ponuro głową.
 - Ale co ci do tego? Niech królowie się tym martwią, to nie nasza sprawa. My jesteśmy od robienia interesów, nie walki.
 - Niestety, Donk. Przyznałbym ci rację, gdybym miał dla kogo robić te interesy.
 - O, na Yo, co najpotężniejsze wynalazki tworzy! Co zrobili?
 - Beek, mój syn. I cały sklep. I całą wioskę. Nic nie zostało. – Wyparte tak łatwo emocje zaczynały powoli wracać, czy to za sprawką zmęczenia, grzanego wina, czy cząstki słodkiej przeszłości zawartej w tym mieście, do której tak bardzo chciał wrócić.
Err poklepał przyjaciela delikatnie po ramieniu, nie do końca wiedząc co może powiedzieć człowiekowi, który stracił wszystko, na co przez całe życie pracował i co w swoim życiu cenił.
 - Co z tą armią, Rheb? – zapytał po kilku minutach ciszy cieśla.
 - Armia, tak… - Urusyn otrząsnął się z zamyślenia. – Potrzebuję machin latających. Tyle, ile uda ci się zrobić w przeciągu najbliższego miesiąca. Potrzebuję potężnych dział, szybkostrzelnych kusz i harpunów, dobrze wyszkolonej załogi. Daj mi wszystko, co potrafisz zrobić. Szybkie aeroplany napędzane przez tę dziwne kryształki, które macie gdzieś w górach. Podniebne statki, aerostaty, czy jak to nazywacie. Większe jednostki, które mogą przenosić zapasy dla floty.
Donk zaniemówił.
 - Rheb, wiem jak to zabrzmi, ale… to będzie kosztowało. Dużo. Sam lekki aeroplan to jakieś dwa tysiące sztuk złota. Masz tyle?
Kupiec zamyślił się.
 - Pamiętasz plotki, Donk?
Err zmarszczył brwi, choć doskonale wiedział o co chodziło Urusynowi.
 - Jakie plotki? – zapytał mimo to.
 - Plotki o moim skarbie. O górach złota, które schowałem gdzieś w jaskini. O największych wynalazkach, które zagarnąłem dla siebie, a później ukryłem tak, by nikt ich nie odnalazł.
 - Coś… obiło mi się o uszy. – Donk próbował rozegrać to na spokojnie, lecz jego serce waliło jak młotem. Każdy słyszał o skarbach Rheba, nieprzebranym bogactwie materialnym i naukowym. Ktokolwiek dostałby się do tajemniczej jaskini zostałby pewnie najszczęśliwszą istotą na świecie…
 - To. Wszystko. Prawda – wyszeptał Urusyn, sylabizując.
Donk nabrał wielki haust powietrza, nie mogąc dłużej utrzymać w sobie wszystkich emocji.
 - Zdradzę ci lokalizację tego miejsca, jeśli zaopatrzysz mnie w to, o co cię prosiłem.
Err udawał niezdecydowanie, choć doskonale wiedział, że już dawno uległ propozycji człowieka.
 - Mam nadzieję, że to wszystko jest tego warte… I dla ciebie, i dla mnie.
Rheb pokiwał głową, wstając i ściskając rękę cieśli. Zza pazuchy wyciągnął pusty kawałek pergaminu.
 - Za miesiąc na tej kartce pojawi się informacja z dokładną lokalizacją mojej kryjówki. Wtedy możesz zabrać z niej wszystko, co tylko zapragniesz.
Donk z nieufnością złapał za pergamin, obejrzał go ze wszystkich stron, ale uznał, że Rheb nie byłby w stanie go oszukać, na pewno nie po tym, co razem przeszli.
 - Jutro rozpocznę prace. Potrzebujesz czegoś jeszcze?
 - Aeroplan, tylko jeden, dla mnie. Resztę floty, gdy już będzie gotowa, wyślij do Ak’t, a jeśli mnie tam nie zastaną, niech ruszają dalej na wschód.

Donk pokiwał głową i dopił ostatni łyk chłodnego już wina.

piątek, 21 marca 2014

#20 Ramię w ramię

Dziewczyna natychmiast dostrzegła źródło zagrożenia. Mag nawet nie próbował ukryć swoich zamiarów, stojąc w samym środku sporego placu, miotając zaklęciami na lewo i prawo – rzucił kilka kul ognia na suche strzechy okolicznych budynków, tak że cała wioska po chwili zaczęła buchać ogromnym gorącem. Wielu ludzi leżało twarzami do ziemi – ubrania niektórych były tylko osmalone, zapewne poprzez piorun przechodzący przez ich ciała, inne wciąż tliły się, niemal całkiem już spalone. Niektórzy leżeli w groteskowych pozach, zgnieceni przez skoncentrowaną siłę uformowaną na kształt pocisku przez rzucającego.
Aenna doskonale pamiętała krótkie sparingi magiczne, do których została zmuszona. Lęk przed popełnieniem choćby najdrobniejszego błędu, obezwładniający strach ogarniający ją na widok otaczającego ją koła ludzi, brak możliwości werbalizacji inkantacji, a co za tym idzie mniejsza moc zaklęć… Wszystko to napłynęło wielką falą, a następnie ruszyło dalej, jak odpływ, zostawiając dziewczynę w stanie nienaturalnego spokoju.
Teraz wokoło nie było specjalistów, którzy mogliby ją oceniać. Jedynym człowiekiem, który znajdował się w okolicy był tylko wrogi mag, i tak ogarnięty bojowym szałem. Dziewczyna skupiła się, przypominając sobie dokładną sekwencję ruchów oraz inkantację prostego, otwierającego czaru odcinającego świadomość. Prawa ręka nieznacznie w górę, lewa w bok… pierwsze słowa łagodnie tańczące na języku, szeptane z przejęciem… wymach dłońmi ku górze, a następnie szybkie ich ściągnięcie do siebie. Długi, rezonujący dźwięk wprawiający energię w odpowiednie wibracje, a następnie płynny ruch w stronę celu, ukierunkowujący zaklęcie w odpowiednią stronę. Niewielka kula gęstej mgły wyleciała spomiędzy jej rąk i pomknęła w kierunku przeciwnika.
Mag zachwiał się, lecz osłona zaabsorbowała większą część impetu uderzenia, jednocześnie jednak przyciągając jego uwagę ku dziewczynie.
Wróg zaatakował serią setek szybkich ognistych kulek, które rozpadły się na tysiące iskier gdy dotknęły magicznej bariery dziewczyny. Mag krzyknął wściekle, a następnie rozpoczął przygotowywanie potężniejszego zaklęcia.
Aenna zaczęła wykonywać kolejny czar, tym razem nieco bardziej skomplikowany. Dłonie złączone ze sobą, delikatnie rozwarte palce. Cichy szept imitujący poranną bryzę, delikatne  koła zataczane rękoma. Coraz bardziej zamaszyste ruchy, stopniowe przejście w powolny piruet, a następnie ostre syknięcie oraz nakierowanie przedramion ku przeciwnikowi, razem z zatrzymaniem ruchu obrotowego.
Wielki wir powietrza, chybocząc się odrobinę na boki, pomknął w stronę maga, podrywając go do góry i zwalając z nóg. Teraz nadarzyła się okazja do zadania bardziej druzgocącego ataku, ponieważ bariera przeciwnika najprawdopodobniej opadła. Kilka niespodziewanie szybkich ruchów dłońmi, powtarzana w myślach mantra sprawiły, że spomiędzy furkoczących rękawów habitu zaczęły wypływać całymi rojami małe, rozżarzone kuleczki, lecące w stronę przeciwnika. Część z nich została zaabsorbowana przez jego zasłonę, lecz gdy ta osłabła, pierwsze uderzenia rozgrzanej magii wtopiły się w ciało maga. Krzyknął i natychmiast poderwał się, na ponów ponosząc zasłonę. Jego sylwetka zaczęła się powoli rozmywać, a płonące nienawiścią oczy wbijały się prosto w Aennę, rozbudzając przytłumione pokłady lęku oraz nieśmiałości.
Dziewczyna rozejrzała się, szukając wzrokiem przeciwnika, który teraz zupełnie zniknął. Tchórz pewnie uciekł, gdy uznał, że zagrożenie jest zbyt duże. Lecz nim kapłanka postanowiła wreszcie opuścić zasłonę i zająć się ratowaniem możliwie największej ilości rannych, jakiś niespodziewany blask błysnął gdzieś na skraju jej pola widzenia. Przez jej magiczną bańkę właśnie przenikała wyrastająca znikąd ręka, dzierżąca krótki, ostry sztylet. Dziewczyna odskoczyła i zamarła. Dokładnie znała tę klingę, to lekko zakrzywione ostrze, a także krótką modlitwę do Oe wyrytą na rękojeści. Nóż ofiarowany każdemu adeptowi przyjętemu w szeregi zakonników Oe.
Aenna dokładnie wiedziała gdzie musiał znajdować się teraz mężczyzna, więc szybko wypowiedziała pierwsze zaklęcie, jakie przyszło jej do głowy i cisnęła pociskiem przed siebie. Mag przyjął na siebie pełny impet uderzenia – maskując się musiał zatrzeć wszystkie ślady magii, w tym również osłonę osobistą, która chroniła go przed zaklęciami.
Mężczyzna upadł ciężko na ziemię, kaszląc. Czar, którym uderzyła go dziewczyna był jednym z prostszych -  wysyłał czystą energię kinetyczną w stronę celu, odrzucając go. Tym razem jednak ilość przekazanej mocy była zdecydowanie większa niż zazwyczaj, więc mag zapewne miał połamane żebra, a może i całkiem zniszczone narządy wewnętrzne.
Aenna ostrożnie podeszła do swojego przeciwnika, z niepokojem patrząc jak ten walczy o każdy oddech, krztusząc się własną krwią. Przez chwilę poczuła jego ból, dziesiątek odłamków żeber wbijających się coraz mocniej z każdym, konwulsyjnym oddechem. Nigdy jeszcze nikogo nie skrzywdziła. Nikogo nie przyprawiła o cierpienie, naturalnie poza stosowaniem bolesnych kuracji, które jednak miały w efekcie przynieść ulgę.
Dziewczyna odebrała mężczyźnie nóż i rozcięła nim jego szaty, by dotrzeć do miejsca zranienia. Siniejąca, podbiegająca krwią skóra opinała nieregularny kształt byłej klatki piersiowej, tworzącej teraz osobliwe wzgórki i doliny, falujące wraz z silnymi skurczami mięśni rannego. Zamknęła oczy, a następnie uniosła dłonie, by spróbować ułożyć wszystko na swoim miejscu. Poczuła dotyk, a następnie silne pociągnięcie na prawym ramieniu. Mężczyzna odciągał ją, kręcąc głową.
 - Z… zostaw. Nie chcę już dłużej… - Mag kaszlnął, a jego twarz wykrzywiła się w jeszcze mocniejszym grymasie.
Aenna opuściła ręce, kładąc jedną z nich na ramieniu rannego, a drugą ściskając jego dłoń.
 - To… nie… ja. Ja chciałem tylko służyć Oe, lecz F zadecydował inaczej…
F. Jedna, prosta litera, którą sam siebie nazywał okrutny bóg, uosobienie wszelkiego zła, którym gardził nawet Ur, ogólnie postrzegany jako niegodziwy. Znane były przypadki zawładnięć nad zwykłymi ludźmi, którzy dopuszczali się strasznych czynów, lecz Aenna nigdy nie słyszała o przypadku opętania zakonnika, a do tego maga.
 - Dziew… dziewczyna. Znajdź dziewczynę, powiedz jej, że nigdy nie zdradziłem Oe… Znajdź mistrza… Znajdź… Aenna… - mężczyzna przestał walczyć i pozwolił, by brak powietrza przysłonił mu oczy nieprzeniknioną czernią.

Kapłanka zamarła. Czy to naprawdę mógł być…