Zima zagościła na ziemiach Nowego Świata już na dobre.
Rheb, okutany w dodatkową ciepłą pelerynę z trzech czwartych koła, na wespół z
przeszywanicą zapewniała odpowiednią ilość ciepła podczas marszu za dnia, a
dodatkowy koc narzucony w nocy razem z płonącym przez jakiś czas ogniskiem
pozwalał na dotrwanie do rana.
Odkąd rozszedł się z Goltanem minęły dwa tygodnie. Według
jego szacunków, Ebsyn znajdował się mniej-więcej w trzech czwartych drogi do
swojego celu, a on sam lada dzień powinien dotrzeć do wioski Errów, gdzie
zamierzał odświeżyć kilka starych kontaktów i zażądać odpłacenia się za kilka
przysług.
Miasteczko tętniło życiem. Gwar słownych przepychanek i
zażartych negocjacji słychać było już z daleka, a okazyjne głośne zgrzytanie,
pojedyncze wybuchy oraz terkotanie pracujących maszyn przytłaczało, dopełniając
pełnego obrazu Dioin. Rheb zatopił się w to wszystko z masochistyczną radością,
przypominając sobie wszystkie swoje wizyty w tym mieście oraz związane z tym
wspomnienia.
Gdy tylko wszedł między stragany, kilku kupców zwęszyło
zapach złota i natychmiast przypadło do niego, oferując najwspanialsze
wynalazki współczesnej nauki oraz najdoskonalsze materiały, które planowali
sprzedać mu za bezcen. Chętnie zanurzyłby się w tym świecie, by wyłowić kilka
perełek, ale dobrze wiedział, że nie był to ani czas, ani miejsce na tego typu
przygody. Sprawdził dyskretnie, czy jego sakwa wciąż znajduje się na swoim
miejscu, a następnie ruszył dalej główną ulicą, wypatrując wielkiego szyldu z
napisem „Donk: od morza po gwiazdy”.
Warsztat jego przyjaciela nie zmienił się za bardzo. Czerwona farba użyta do wymalowania koślawych liter nieco pociemniała, a drzwi chyba nabawiły się nowej klamki, lecz poza tym wszystko było po staremu. Mężczyzna wszedł do środka i wciągnął w nozdrza słodki zapach obrabianego drewna.
Warsztat jego przyjaciela nie zmienił się za bardzo. Czerwona farba użyta do wymalowania koślawych liter nieco pociemniała, a drzwi chyba nabawiły się nowej klamki, lecz poza tym wszystko było po staremu. Mężczyzna wszedł do środka i wciągnął w nozdrza słodki zapach obrabianego drewna.
Niski człowieczek z nieco za dużymi uszami wychynął z
głębi warsztatu, trzymając w rękach spory przyrząd wyglądający na jakąś
wariację na temat kuszy.
- Rheb! Rheb,
bracie! – wykrzyknął Err, upuszczając kawał drewna, idąc w stronę Urusyna z
rozwartymi ramionami.
Kupiec nachylił się, by wygodnie objąć cieślę. Po chwili
odsunęli się od siebie.
- Co się tu
sprowadza? Potrzebujesz napraw? A może dobijemy handlu? – Err uśmiechnął się
szeroko.
- Coś zupełnie
innego, Donk. Mam dla ciebie potężne zlecenie, ale nie spodoba ci się jego
charakter – powiedział Urusyn.
- Nielegalna
robota? Zatrute, ukryte ostrza? Nie, nie bawię się w takie rzeczy, Rheb, wybacz.
- Uspokój się,
zaproponuj coś ciepłego do picia i pozwól mi mówić, co, Donk?
Obaj zaśmiali się krótko. Err szybkim krokiem wszedł do
innego pomieszczenia, z którego po chwili wyszedł, niosąc w rękach dwa kubki i
dzbanek z parującym płynem. Zaprosił swojego gościa do stołu i sprawnie
ponalewał grzane wino.
- Och, tego mi
było trzeba… - mruknął Rheb, pociągając pierwszy łyk. – Słuchaj, Donk.
Potrzebuję armii.
Err roześmiał się głośno.
- Armii?
Zamierzasz wkroczyć na rynek w branży bandyty? Grabieże, gwałty, pamiątki?
- Nie, Donk, to
poważna sprawa. Karranie uderzyli na nas od wschodu.
Cieśla natychmiast spoważniał.
- Słyszałem
plotki, ale nie dawałem im wiary… Naprawdę są już w Nowym Świecie?
Rheb pokiwał ponuro głową.
- Ale co ci do
tego? Niech królowie się tym martwią, to nie nasza sprawa. My jesteśmy od
robienia interesów, nie walki.
- Niestety, Donk. Przyznałbym
ci rację, gdybym miał dla kogo robić te interesy.
- O, na Yo, co
najpotężniejsze wynalazki tworzy! Co zrobili?
- Beek, mój syn. I
cały sklep. I całą wioskę. Nic nie zostało. – Wyparte tak łatwo emocje
zaczynały powoli wracać, czy to za sprawką zmęczenia, grzanego wina, czy
cząstki słodkiej przeszłości zawartej w tym mieście, do której tak bardzo
chciał wrócić.
Err poklepał przyjaciela delikatnie po ramieniu, nie do
końca wiedząc co może powiedzieć człowiekowi, który stracił wszystko, na co
przez całe życie pracował i co w swoim życiu cenił.
- Co z tą armią,
Rheb? – zapytał po kilku minutach ciszy cieśla.
- Armia, tak… -
Urusyn otrząsnął się z zamyślenia. – Potrzebuję machin latających. Tyle, ile
uda ci się zrobić w przeciągu najbliższego miesiąca. Potrzebuję potężnych
dział, szybkostrzelnych kusz i harpunów, dobrze wyszkolonej załogi. Daj mi
wszystko, co potrafisz zrobić. Szybkie aeroplany napędzane przez tę dziwne
kryształki, które macie gdzieś w górach. Podniebne statki, aerostaty, czy jak
to nazywacie. Większe jednostki, które mogą przenosić zapasy dla floty.
Donk zaniemówił.
- Rheb, wiem jak
to zabrzmi, ale… to będzie kosztowało. Dużo. Sam lekki aeroplan to jakieś dwa
tysiące sztuk złota. Masz tyle?
Kupiec zamyślił się.
- Pamiętasz
plotki, Donk?
Err zmarszczył brwi, choć doskonale wiedział o co
chodziło Urusynowi.
- Jakie plotki? –
zapytał mimo to.
- Plotki o moim
skarbie. O górach złota, które schowałem gdzieś w jaskini. O największych
wynalazkach, które zagarnąłem dla siebie, a później ukryłem tak, by nikt ich
nie odnalazł.
- Coś… obiło mi
się o uszy. – Donk próbował rozegrać to na spokojnie, lecz jego serce waliło
jak młotem. Każdy słyszał o skarbach Rheba, nieprzebranym bogactwie materialnym
i naukowym. Ktokolwiek dostałby się do tajemniczej jaskini zostałby pewnie
najszczęśliwszą istotą na świecie…
- To. Wszystko.
Prawda – wyszeptał Urusyn, sylabizując.
Donk nabrał wielki haust powietrza, nie mogąc dłużej
utrzymać w sobie wszystkich emocji.
- Zdradzę ci
lokalizację tego miejsca, jeśli zaopatrzysz mnie w to, o co cię prosiłem.
Err udawał niezdecydowanie, choć doskonale wiedział, że
już dawno uległ propozycji człowieka.
- Mam nadzieję, że
to wszystko jest tego warte… I dla ciebie, i dla mnie.
Rheb pokiwał głową, wstając i ściskając rękę cieśli. Zza
pazuchy wyciągnął pusty kawałek pergaminu.
- Za
miesiąc na tej kartce pojawi się informacja z dokładną lokalizacją mojej kryjówki.
Wtedy możesz zabrać z niej wszystko, co tylko zapragniesz.
Donk z nieufnością złapał za pergamin, obejrzał go ze
wszystkich stron, ale uznał, że Rheb nie byłby w stanie go oszukać, na pewno
nie po tym, co razem przeszli.
- Jutro rozpocznę
prace. Potrzebujesz czegoś jeszcze?
- Aeroplan, tylko
jeden, dla mnie. Resztę floty, gdy już będzie gotowa, wyślij do Ak’t, a jeśli
mnie tam nie zastaną, niech ruszają dalej na wschód.
Donk pokiwał głową i dopił ostatni łyk chłodnego już
wina.
Łooo, grubo :O Skarb pirata! :D
OdpowiedzUsuńNo, świetnie się wszystko rozwija ;)