poniedziałek, 24 marca 2014

#21 Ramię w ramię

Zima zagościła na ziemiach Nowego Świata już na dobre. Rheb, okutany w dodatkową ciepłą pelerynę z trzech czwartych koła, na wespół z przeszywanicą zapewniała odpowiednią ilość ciepła podczas marszu za dnia, a dodatkowy koc narzucony w nocy razem z płonącym przez jakiś czas ogniskiem pozwalał na dotrwanie do rana.
Odkąd rozszedł się z Goltanem minęły dwa tygodnie. Według jego szacunków, Ebsyn znajdował się mniej-więcej w trzech czwartych drogi do swojego celu, a on sam lada dzień powinien dotrzeć do wioski Errów, gdzie zamierzał odświeżyć kilka starych kontaktów i zażądać odpłacenia się za kilka przysług.
Miasteczko tętniło życiem. Gwar słownych przepychanek i zażartych negocjacji słychać było już z daleka, a okazyjne głośne zgrzytanie, pojedyncze wybuchy oraz terkotanie pracujących maszyn przytłaczało, dopełniając pełnego obrazu Dioin. Rheb zatopił się w to wszystko z masochistyczną radością, przypominając sobie wszystkie swoje wizyty w tym mieście oraz związane z tym wspomnienia.
Gdy tylko wszedł między stragany, kilku kupców zwęszyło zapach złota i natychmiast przypadło do niego, oferując najwspanialsze wynalazki współczesnej nauki oraz najdoskonalsze materiały, które planowali sprzedać mu za bezcen. Chętnie zanurzyłby się w tym świecie, by wyłowić kilka perełek, ale dobrze wiedział, że nie był to ani czas, ani miejsce na tego typu przygody. Sprawdził dyskretnie, czy jego sakwa wciąż znajduje się na swoim miejscu, a następnie ruszył dalej główną ulicą, wypatrując wielkiego szyldu z napisem „Donk: od morza po gwiazdy”.
Warsztat jego przyjaciela nie zmienił się za bardzo. Czerwona farba użyta do wymalowania koślawych liter nieco pociemniała, a drzwi chyba nabawiły się nowej klamki, lecz poza tym wszystko było po staremu. Mężczyzna wszedł do środka i wciągnął w nozdrza słodki zapach obrabianego drewna.
Niski człowieczek z nieco za dużymi uszami wychynął z głębi warsztatu, trzymając w rękach spory przyrząd wyglądający na jakąś wariację na temat kuszy.
 - Rheb! Rheb, bracie! – wykrzyknął Err, upuszczając kawał drewna, idąc w stronę Urusyna z rozwartymi ramionami.
Kupiec nachylił się, by wygodnie objąć cieślę. Po chwili odsunęli się od siebie.
 - Co się tu sprowadza? Potrzebujesz napraw? A może dobijemy handlu? – Err uśmiechnął się szeroko.
 - Coś zupełnie innego, Donk. Mam dla ciebie potężne zlecenie, ale nie spodoba ci się jego charakter – powiedział Urusyn.
 - Nielegalna robota? Zatrute, ukryte ostrza? Nie, nie bawię się w takie rzeczy, Rheb, wybacz.
 - Uspokój się, zaproponuj coś ciepłego do picia i pozwól mi mówić, co, Donk?
Obaj zaśmiali się krótko. Err szybkim krokiem wszedł do innego pomieszczenia, z którego po chwili wyszedł, niosąc w rękach dwa kubki i dzbanek z parującym płynem. Zaprosił swojego gościa do stołu i sprawnie ponalewał grzane wino.
 - Och, tego mi było trzeba… - mruknął Rheb, pociągając pierwszy łyk. – Słuchaj, Donk. Potrzebuję armii.
Err roześmiał się głośno.
 - Armii? Zamierzasz wkroczyć na rynek w branży bandyty? Grabieże, gwałty, pamiątki?
 - Nie, Donk, to poważna sprawa. Karranie uderzyli na nas od wschodu.
Cieśla natychmiast spoważniał.
 - Słyszałem plotki, ale nie dawałem im wiary… Naprawdę są już w Nowym Świecie?
Rheb pokiwał ponuro głową.
 - Ale co ci do tego? Niech królowie się tym martwią, to nie nasza sprawa. My jesteśmy od robienia interesów, nie walki.
 - Niestety, Donk. Przyznałbym ci rację, gdybym miał dla kogo robić te interesy.
 - O, na Yo, co najpotężniejsze wynalazki tworzy! Co zrobili?
 - Beek, mój syn. I cały sklep. I całą wioskę. Nic nie zostało. – Wyparte tak łatwo emocje zaczynały powoli wracać, czy to za sprawką zmęczenia, grzanego wina, czy cząstki słodkiej przeszłości zawartej w tym mieście, do której tak bardzo chciał wrócić.
Err poklepał przyjaciela delikatnie po ramieniu, nie do końca wiedząc co może powiedzieć człowiekowi, który stracił wszystko, na co przez całe życie pracował i co w swoim życiu cenił.
 - Co z tą armią, Rheb? – zapytał po kilku minutach ciszy cieśla.
 - Armia, tak… - Urusyn otrząsnął się z zamyślenia. – Potrzebuję machin latających. Tyle, ile uda ci się zrobić w przeciągu najbliższego miesiąca. Potrzebuję potężnych dział, szybkostrzelnych kusz i harpunów, dobrze wyszkolonej załogi. Daj mi wszystko, co potrafisz zrobić. Szybkie aeroplany napędzane przez tę dziwne kryształki, które macie gdzieś w górach. Podniebne statki, aerostaty, czy jak to nazywacie. Większe jednostki, które mogą przenosić zapasy dla floty.
Donk zaniemówił.
 - Rheb, wiem jak to zabrzmi, ale… to będzie kosztowało. Dużo. Sam lekki aeroplan to jakieś dwa tysiące sztuk złota. Masz tyle?
Kupiec zamyślił się.
 - Pamiętasz plotki, Donk?
Err zmarszczył brwi, choć doskonale wiedział o co chodziło Urusynowi.
 - Jakie plotki? – zapytał mimo to.
 - Plotki o moim skarbie. O górach złota, które schowałem gdzieś w jaskini. O największych wynalazkach, które zagarnąłem dla siebie, a później ukryłem tak, by nikt ich nie odnalazł.
 - Coś… obiło mi się o uszy. – Donk próbował rozegrać to na spokojnie, lecz jego serce waliło jak młotem. Każdy słyszał o skarbach Rheba, nieprzebranym bogactwie materialnym i naukowym. Ktokolwiek dostałby się do tajemniczej jaskini zostałby pewnie najszczęśliwszą istotą na świecie…
 - To. Wszystko. Prawda – wyszeptał Urusyn, sylabizując.
Donk nabrał wielki haust powietrza, nie mogąc dłużej utrzymać w sobie wszystkich emocji.
 - Zdradzę ci lokalizację tego miejsca, jeśli zaopatrzysz mnie w to, o co cię prosiłem.
Err udawał niezdecydowanie, choć doskonale wiedział, że już dawno uległ propozycji człowieka.
 - Mam nadzieję, że to wszystko jest tego warte… I dla ciebie, i dla mnie.
Rheb pokiwał głową, wstając i ściskając rękę cieśli. Zza pazuchy wyciągnął pusty kawałek pergaminu.
 - Za miesiąc na tej kartce pojawi się informacja z dokładną lokalizacją mojej kryjówki. Wtedy możesz zabrać z niej wszystko, co tylko zapragniesz.
Donk z nieufnością złapał za pergamin, obejrzał go ze wszystkich stron, ale uznał, że Rheb nie byłby w stanie go oszukać, na pewno nie po tym, co razem przeszli.
 - Jutro rozpocznę prace. Potrzebujesz czegoś jeszcze?
 - Aeroplan, tylko jeden, dla mnie. Resztę floty, gdy już będzie gotowa, wyślij do Ak’t, a jeśli mnie tam nie zastaną, niech ruszają dalej na wschód.

Donk pokiwał głową i dopił ostatni łyk chłodnego już wina.

1 komentarz:

  1. Łooo, grubo :O Skarb pirata! :D
    No, świetnie się wszystko rozwija ;)

    OdpowiedzUsuń

Miło by mi było, gdybyś się przedstawił/a. Niekoniecznie z imienia i nazwiska, nick wystarczy.
Staraj się pisać poprawną polszczyzną, używając wszystkich stosownych znaków.
Co do treści nie będę ingerował - wszak to tylko Twoje zdanie ;)