sobota, 10 maja 2014

#3 Kwant Filozoficzny

Tadeusz od momentu zbadania i stworzenia kilku prototypów związanych z komponentem X znacznie awansował w naukowym świecie. Został przeniesiony na przedostatnie piętro centrum naukowego, miał pod sobą kilkudziesięciu pracujących w pocie czoła naukowców, a on sam zajmował olbrzymie laboratorium wypełnione najdoskonalszym sprzętem, jaki istniał na planecie.
Wciąż nie pozwalano mu jednak sprowadzić jego żony do centrum, a po trzech latach rozłąki lakoniczne listy, zapewne i tak w połowie modyfikowane przez aparat cenzury, były niewystarczające. Nie wiedział nawet czy krótkie notki od Natalii pochodziły naprawdę od niej – wydawały się bardzo suche i konkretne, więc nie mógł wywnioskować, czy cenzorzy tak bardzo zmielili treść korespondencji, czy może napisali całą wiadomość od początku do końca.
Mimo wszystko każdą minutę osładzała mu myśl o tym, że właśnie robi to, o czym marzył i co zawsze kochał – uprawiał naukę przez duże „N”, stworzył wynalazki, które zmieniły świat, a nieobecność jego żony była tylko… przejściową, acz konieczną niedogodnością.
Sześcian powoli obracający się przed jego twarzą zamigał na czerwono, wskazując nadchodzące połączenie. Tadeusz poprawił się na fotelu i zapiął ostatni guzik swojego białego fartucha z czerwonymi fragmentami materiału biegnącymi od kołnierzyka, przez ramiona, aż do łokci – znak stanowiska, jakie piastował.
Naukowiec odebrał połączenie. Tuż przed nim pojawiła się sylwetka nieco zdezorientowanego, łysawego mężczyzny, kurczowo ściskającego w rękach plik papierów zapełnionych drobnymi literami.
 - W czym mogę pomóc? – zapytał Tadeusz, starając się ośmielić swojego rozmówcę.
 - P… Pan Grot? Halo, czy to działa? – wyjąkał mężczyzna.
 - Tak, to ja. W czym mogę służyć, panie…?
 - Hoffman, Martin Hoffman. Przepraszam, że zajmuję pański cenny czas, ale… potrzebujemy pomocy, panie Grot.
 - Oczywiście, co się stało? Czy chodzi o jeden z kolektorów, które ostatnio montowaliśmy w okolicach Nowej Terry? Jest pan inżynierem? – Tadeusz wciąż nie mógł do końca rozgryźć o co mogło chodzić zdenerwowanemu mężczyźnie.
 - Nie, nie. Eee… Jestem głównym koordynatorem technicznym centrum badań kosmicznych należącego do tego samego kompleksu, w którym pan się znajduję. Okupuję trzydzieste czwarte piętro. Jeden z naszych statków kosmicznych napotkał pewne trudności, a astronauci znajdujący się w drodze na Słońce… Nastąpiła awaria… Eee…
 - Proszę się uspokoić i powiedzieć, w czym mógłbym panu pomóc. Nie jestem specjalistą od lotów kosmicznych, chociaż moim drugorzędnym wykształceniem faktycznie jest astronomia.
 - Nasi astronauci nie mają tlenu. Zbiorniki zapasowe zostały zniszczone, lecz podejrzewamy, że dzięki pana wynalazkowi możliwe będzie uratowanie ich poprzez zamianę całego azotu znajdującego się w powietrzu na tlen. Czy byłoby to możliwe do wykonania, z punktu czysto technicznego?
 - Oczywiście. Przy odpowiedniej kalibracji możliwe jest przesunięcie grupy pierwiastka w prawo o dokładnie jedną jednostkę. Czy mają na statku odpowiedni sprzęt? Kiedy wyruszyła ta misja?
 - Eee… Cztery lata temu. Mamy tu u nas zgromadzone wszystkie części zapasowe oraz elementy poszycia, które mogłyby zostać wykorzystane. Czy mógłby pan rzucić na nie okiem i pomóc nam znaleźć sposób na... zaimprowizowanie pańskich maszyn?
Tadeusz zamyślił się na chwilę, analizując sytuację. Biorąc pod uwagę, że jego pierwsze próby na niedoskonałym sprzęcie pozwalały na niekontrolowane przenoszenie pierwiastków o dwa-trzy okresy w dół, improwizowana maszyna najpewniej nigdy nie osiągnie wystarczającej precyzji by dodać dokładnie jeden proton, a już na pewno nie na masową skalę.
 - Jak zdolni są ludzie na tym statku, panie Hoffman? – zapytał wreszcie naukowiec.
 - To… raczej nie za… to najemnicy, podczas misji narażenie na promieniowanie słoneczne jest dość duże, istnieje duże ryzyko powstania nieodwracalnych zmian w DNA… Musi pan zrozumieć, że nie mogliśmy wysłać najlepszych z najlepszych.
 - Powiem wprost, panie Hoffman, żeby nie było wątpliwości – szanse powodzenia są minimalne. Na pana miejscu zacząłbym raczej budowę nowego statku kosmicznego, z odpowiednim wyposażeniem i załogą.
 - Nie! Panie Grot, błagam! Poprzednia misja, którą prowadziłem zakończyła się… fiaskiem – wyszeptał niepewnie Martin. – Jeśli i ta się nie powiedzie, najprawdopodobniej zostanę… Zdeneur…
Tadeusz przypomniał sobie jaki paraliżujący strach odczuwał, gdy był prowadzony przez dwójkę mężczyzn w czarnych garniturach. Uznał, że nie będzie żadnej szkody, jeśli odstawi część swoich badań na dalszy tor i chociaż spróbuje pomóc Hoffmanowi.
 - W porządku. Przygotujcie wszystkie komponenty, jakie astronauci mają na statku, będę u was za pół godziny.
Nim obraz zupełnie znikł, Tadeusz zobaczył twarz Martina, która jednocześnie wyrażała ulgę, jak i coraz bardziej rosnące napięcie. Grot wydał kilka krótkich poleceń, przekazując główną część dowodzenia nad dalszymi badaniami starszym naukowcom, założył naramienny panel połączony dwoma grubymi kablami z interfejsem zamontowanym na nadgarstku, zapewniający mu łączność z wszystkimi jego zasobami oraz możliwość zdalnego wydawania poleceń dla całego swojego piętra, a następnie ruszył w stronę drzwi, zastanawiając się w jaki sposób podejść do postawionego przed nim problemu.


Gdy drzwi się otworzyły, kilka głów siedzących najbliżej jego laboratorium podniosła się. Porozumiewawczy szept poniósł się po sali, wszyscy jak jeden mąż powstali. Tadeusz szybkim krokiem przemierzył pomieszczenie, kierując się w stronę wyjścia, a gdy przechodził przez szeroki korytarz odgrodzony z obu stron osobnymi stanowiskami badań, naukowcy mu podlegli pochylali głowy w geście szacunku i pozdrowienia. Tadeusz uniósł rękę tak, by zobaczyć panel sterowania, a następnie nacisnął przycisk przywołujący windę.
Mężczyzna wyszedł przez mleczne, szklane drzwi, kierując się w stronę wind. Usłyszał jak w laboratorium podnosi się kilka krzyków, nakazujących wszystkim wrócenie do pracy. Nadzorcy, tym razem pod postacią zwykłych ludzi z krwi i kości, a nie bezdusznych maszyn sprawowały się znacznie lepiej – był to pomysł samego Grota, który do dziś, z zimnym dreszczem przebiegającym przez plecy, wspominał jak robot wręczał mu papierki z mandatami na horrendalne kwoty.
Winda czekała, otwarta i przygotowana do drogi. Tadeusz wszedł do środka i nacisnął odpowiedni przycisk. Szklana kapsuła uszczelniła się, a następnie pomknęła w dół.
Kilka minut później drzwi na ponów się otworzyły, wypuszczając naukowca na trzydziestym czwartym piętrze. Jedyne drzwi prowadzące do jedynego pomieszczenia roboczego były podniszczone i poobijane. Grot nacisnął na klamkę i wszedł do środka.
Przywitał go niesamowity gwar dziesiątek ludzi ubranych w szare garnitury, którzy przepychając się i krzycząc, próbowali przenieść gdzieś stosy papierów, metalowe części oraz pudła pełne niewielkich elementów. Pierwszy z nich spostrzegł naukowca z czerwonymi emblematami i natychmiast zamarł, odsuwając się najdalej jak mógł. W kilka sekund w pracowni zapanowała absolutna cisza, a wszyscy utworzyli osobliwy szpaler. Tadeusz spojrzał przed siebie, próbując nie nawiązywać z nikim kontaktu wzrokowego i ruszył wprost do przeszklonego gabinetu głównodowodzącego.
Krzątanina zaczynała się na nowo, gdy tylko naukowiec oddalił się na wystarczającą odległość, teraz jednak nikt nie krzyczał, a raczej szeptał, komentując jego przybycie.
 - Panie Hoffman! Witam! – Tadeusz uśmiechnął się, wyciągając rękę do mężczyzny z rozbieganym wzrokiem.
 - T… tak. Dziękuję za przybycie. – Koordynator potrząsnął rękę naukowca nieco zbyt gwałtownie, a po chwili zreflektował się, skłaniając głowę w wyrazie przeprosin.
 - Proszę się uspokoić. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by panu pomóc. A teraz, czy możemy udać się do miejsca, w którym pana ludzie zgromadzili wszystkie części, z którymi mogę pracować? – zapytał Grot, delikatnie klepiąc mężczyznę po ramieniu.
 - Oczywiście, oczywiście… Proszę za mną. – Koordynator wystrzelił z pokoju i ruszył w prawo. Przeszedł przez kolejne poobijane drzwi.
Znaleźli się w dużej hali produkcyjnej, która musiała zajmować co najmniej trzy kolejne piętra. Pomarańczowe platformy wyrastające ze ścian, będące podestem dla ludzi pracujących na różnych poziomach stanowiły interesujący akcent kolorystyczny, odcinający się mocno na nudnych, szarych ścianach.
 - To tutaj. Wszystko co mają przy sobie tam, na górze i wszystko, co mogą wymontować nie wyłączając systemów podtrzymywania życia – powiedział Hoffman, zatrzymując się.
Tadeusz wszedł między poukładane w stosy kawałki metalu, płyty wykonane z tworzyw sztucznych, wysięgniki, kabelki oraz różnokształtne fragmenty maszyn, mogące mu się przydać przy konstrukcji. Podniósł kilka elementów, które wyglądały znajomo, a następnie zaniósł je do dużego stanowiska konstrukcyjnego wypełnionego sprzętem. Położył przedmioty na metalowym blacie stołu.
 - Potrzebuję dwóch rozgarniętych ludzi. Jednego, który zna konstrukcję tego statku i wie wszystko o jego podzespołach, drugiego w miarę sprawnego manualnie, znającego się na konstrukcji – Tadeusz zwrócił się do Hoffmana. Koordynator skinął głową i odszedł szybkim krokiem, nie mogąc opanować drżenia dłoni.
Naukowiec popatrzył na kilka kryształów, które leżały na stole. Wyglądały prawie jak te zakrzywiające promienie w koncentratorze. Ułożył je wstępnie pod odpowiednimi kątami.
 - To może się udać… - zaśmiał się Tadeusz, rozrysowując wstępne plany na podręcznym interfejsie.

Kilka godzin później, cały umorusany w sadzy, Grot odsunął się od stołu, oglądając swoje dotychczasowe dzieło. Prototyp był nieco niedoszlifowany, wyglądał raczej jak coś, co właśnie zostało wyciągnięte ze złomowiska, nijak nie przypominając jednego z największych wynalazków ostatnich lat. Jeden z asystentów podszedł do naukowca z kawałkiem zespawanego metalu w kształcie kwadratu w dłoni.
 - Sir, czy takie coś może być? – zapytał, wręczając element Tadeuszowi.
 - Świetna robota, powinno utrzymać ramkę rozdzielczą w miejscu. Dzięki, panie…
 - Marek.
 - Marku. Możesz iść odpocząć, maszyna jest gotowa.
Pracownik kiwnął głową i zaczął odchodzić, ocierając twarz z sadzy, lecz Tadeusz zatrzymał go jeszcze na chwilę.
 - Zawołaj, proszę, pana Hoffmana. Musimy omówić kilka szczegółów.
Marek nawet się nie odwrócił, ale uniósł rękę na znak, że zrozumiał. Tadeusz pomyślał przez chwilę, że inni równi jego rangą zapewne uznaliby takie zachowanie za szczyt impertynencji i wyciągnęli natychmiast surowe konsekwencje, lecz on nie zdążył jeszcze przesiąknąć tym nie do końca uzasadnionym poczuciem bycia ważniejszym od innych za sam fakt noszenia fartucha z czerwonymi wstawkami.
Tadeusz podszedł do swojej maszyny i umieścił kwadrat, który wciąż trzymał w ręku, na odpowiednim miejscu. Pstryknął przełącznikiem wymontowanym z zapasowego panelu kontrolującego wentylację na statku kosmicznym, a całość ożyła, bucząc cicho. Naukowiec włożył kawałek miedzianej blaszki w centrum działania komponentu X. Po kilku sekundach środek metalu zażółcił się, a później całkiem zamienił w złoto. Prototyp działał, choć zasilany był z zewnętrznego źródła Grotu P, który przyniósł ze sobą. Musiał jeszcze w jakiś sposób stworzyć odpowiednio wydajny kolektor, lecz jego konstrukcja była znacznie mniej skomplikowana – ograniczała się do zamknięcia w szczelnych cylindrach sprytnie umieszczonych luster.
Hoffman podbiegł do stanowiska Tadeusza, gdy ten właśnie wyłączał swoją maszynę.
 - Jakie wieści, panie Grot? – zapytał koordynator, dysząc ciężko.
 - Maszyna jest w pełni sprawna, do jej stworzenia wykorzystałem sporą część elementów zapasowych, które pan przyniósł, ale zostało mi sporo pozostałości – nie powinno być problemu z powtórzeniem mojego wyczynu na pokładzie statku.
Martin odetchnął z ulgą, lecz Tadeusz uniósł palec, kontynuując swój wywód.
 - Ale! To nie wszystko, panie Hoffman. Maszyna jest zgodna konstrukcją z moim prototypem. Urządzenie jest w stanie tylko dodać około dwie powłoki do atomu, na który oddziałuje.
 - Co to znaczy, panie Grot? Nie jestem zbyt dobry z chemii…
 - To znaczy, że owszem, mogą zamienić cały azot jaki posiadają, ale… stanie się on arsenem, nie tlenem. Wymrą nim zdążą policzyć do stu, panie Hoffman.
Koordynator zbladł i musiał wesprzeć się na blacie stołu, by nie upaść. Tadeusz podtrzymał go za drugie ramię, ciągnąc go w stronę stojącego nieopodal krzesła.
 - Spokojnie, panie Hoffman, spokojnie. Myślę że może udać mi się skalibrować maszynę na tyle dokładnie, by działała trochę bardziej lepiej, ale bombardowanie w ilościach pozwalających na tak precyzyjne przemiany jest… trudne. Chyba że…


 - Panie Hoffman, czy na statku znajduje się węgiel? Mam na myśli duże ilości węgla. Kilkaset kilogramów – zapytał Tadeusz.
 - Węg… tak, chyba… Oczywiście, że tak, wewnętrzna powłoka statku zbudowana jest z włókien węglowych, do tego ponad połowa sprzętu stosowanego w środku zawiera węgiel pod różnymi postaciami.
 - Doskonale. Dodanie dwóch elektronów do powłoki nie powinno być tak trudne jak próba zamiany azotu w tlen. To wszystko może się udać, panie Hoffman. A teraz… proszę się położyć, zajmę się resztą – Tadeusz uśmiechnął się, a Martin odwzajemnił ten prosty gest, czując jak ulga spływa na niego niczym woda z wodospadu. Jednocześnie gdzieś w jego głowie pojawiła się myśl, że jeszcze jedna niespodziewana informacja i jego serce może tego nie wytrzymać.
Naukowiec poklepał Hoffmana po ramieniu, a następnie ruszył do głównej sali, gdzie dziesiątki ludzi uwijało się, gorączkowo próbując opanować sytuację.
 - Hej! – krzyknął Tadeusz, zwracając na siebie uwagę wszystkich. Ludzie zamarli, wpatrując się w naukowca.
 - Koordynator Martin Hoffman został tymczasowo… wysłany do łóżka, bo czuje się nie najlepiej. W tym czasie to ja – zatrzymał się na chwilę, by wzmocnić przekaz – będę waszym przełożonym i będziecie wypełniać moje rozkazy oraz zlecenia. Musimy pomóc ludziom znajdującym się na misji… jak nazywa się w ogóle ta misja?
 - Solar-13 – powiedział nieśmiało jeden z mężczyzn trzymający w rękach stos papierów.
 - Solar-13. Musimy im pomóc, więc potrzebuję kilku z was do opracowania stosownych instrukcji, które będziecie mogli przekazać załodze statku. Bezpośrednia koordynacja ich działań jest niemożliwa, więc musimy się upewnić, że będą dokładnie wiedzieć co mają robić. – Głos Tadeusza poniósł się echem po sporej sali.
 - Do roboty! Podzielcie się na grupy, nie znam was wszystkich!
Wrzawa rozgorzała na ponów, tym razem jednak praca zdawała się przebiegać bardziej sprawnie. Danie ludziom dokładnego, osiągalnego celu miast zwykłego rzucenia „Zróbcie coś z tym” sprawiło, że każdy szybko odnalazł się w nowej sytuacji, bo już po kilku minutach przed Tadeuszem stanęła grupka złożona z pięciu osób – dwóch kobiet i trzech mężczyzn, którzy z notatnikami wyczekiwali na wydanie im dodatkowych instrukcji.

Jenna składała do kupy kilka zupełnie nie pasujących do siebie elementów zapasowych. Porozrzucane części i wybebeszona elektronika leżała dookoła mniej-więcej sześciennej góry metalu, który trzymał się na kilka śrubek, jeden spaw, ale przede wszystkim na dobre słowo.
 - To coś ma nas ocalić? Nie ufam temu czemuś, Jenna – powiedział Nick, spoglądając z niepokojem na piekielną machinę.
 - Warto spróbować, nie sądzisz? Chyba że wolisz poszukać glonów, które nie zostały wyczyszczone z filtrów powietrza i założyć kolonię, co? – zaśmiała się dziewczyna, dokręcając śrubkę, która miała za zadanie przytrzymać przemieniany obiekt.
Najeżona piramidami kula unosząca się w powietrzu zamigotała.
 - Połączenie z Ziemi. Nie przerywaj, ja odbiorę – powiedział Nick, wyciągając odpowiedni czworościan.
Przed jego twarzą wyrosła głowa  jednego z mężczyzn pracujących w kontroli lotów.
 - Mamy kolejną porcję planów, tym razem części sterującej przepływ energii oraz komponentu X. Przed przystąpieniem do prób musicie się upewnić że posiadacie odpowiednią ilość Grotu P, żeby przypadkiem nie dokonać niecałkowitej przemiany – Tadeusz mówi, że może w takim wypadku dojść do niepełnej zamiany energii w masę, a co za tym idzie wydzielona może zostać spora ilość czystej siły, najprawdopodobniej pod postacią fluktuacji pola grawitacyjnego… cokolwiek to znaczy. Plany są w załączniku. Powodzenia, Jenna! – powiedziała głowa, a następnie zniknęła. Na jej miejscu pojawiły się starannie wyrysowane obwody, unoszące się swobodnie nad powierzchnią stołu.
 - Nick, każ młodemu sprawdzić ten kolektor, który leży na mostku, niech zobaczy czy wszystko jest w porządku. A ty w tym czasie możesz się zająć zbieraniem włókna węglowego. Potrzebujemy kilkaset kilogramów, według wyliczeń doktorka.
Mężczyzna skinął głową i podniósł się, zawadzając nogą o blat stołu, który zadrżał. Kilka śrubek spadło na ziemię, co techniczka skwitowała tylko krótkim spojrzeniem rzuconym załogantowi spode łba.
Dziewczyna wyciągnęła odpowiedni panel z planami i przyjrzała się sposobowi połączenia przewodów. Kontroler przepływu bazował na zwykłym transformatorze stosowanym jako lokalny reduktor napięcia w systemach jonizowania powietrza, który po odpowiedniej zmianie ułożenia kabli był jednak w stanie zmniejszyć napięcie podawane na przełącznik tak, by zmiany dokonywane fizycznym przełącznikiem były bardziej subtelne.

 - Cholera, ten doktorek naprawdę wie co robi! – powiedziała do siebie Jenna i zaczęła rozbierać obudowę urządzenia.

czwartek, 1 maja 2014

#2 Kwant Filozoficzny

Z tego co zrozumiał czytając zawiłe, prawnicze pismo, jego kontrakt na mocy któregoś z punktów oryginalnej umowy przeszedł w wersję bardziej zaostrzoną. W zamian za ułaskawienie od deneuralizacji zobowiązany był pracować w lepszym laboratorium, ze znacznie większym poziomem swobody, z lepszym wyposażeniem, ale zarazem niemalże w całkowitej izolacji od środowiska zewnętrznego.
Może ubiegać się o zakwaterowanie jego żony w obiekcie, w jego kwaterach mieszkalnych, ale dopiero po upłynięciu okresu dwóch lat nieprzerwanej, produktywnej pracy, co – tak naprawdę – mogło oznaczać wszystko.
Naturalnie mógł przekazywać dowolną ilość swojej powiększonej trzykrotnie wypłaty swojej małżonce w procesie zautomatyzowanego przelewu, mógł też wysłać do niej dokładnie jeden list miesięcznie. Treść korespondencji naturalnie będzie sprawdzana i… korygowana w razie potrzeby.
Plusem było to, że pierwszymi zleconymi mu badaniami było odkrycie czym są tajemnicze kwanty energii wykryte przez satelity, a jeśli to możliwe, odnalezienie dla nich nowego zastosowania.
Tadeusz zamknął teczkę na zamek genetyczny, odłożył ją do szuflady w białym biurku i spojrzał z niepokojem na telefon. Musiał wziąć się do pracy, ale nie miał odpowiedniego sprzętu. Jak zrobiła ta dwójka osiłków? Niebieski guzik?
Naukowiec nacisnął przycisk, przykładając słuchawkę do ucha. Odezwał się elektroniczny, kobiecy głos:
 - Centrum zaopatrzeniowe, kwadrant ósmy, co mogę dostarczyć?
 - Eee… Potrzebowałbym… komputera. Z dostępem do satelitów wysokiej orbity. Oraz dyfraktora kwantowego ze zmienną ilością oraz charakterem barwy wiązki.
 - Oczywiście, zamówiony sprzęt jest już w drodze. Czy mogę pomóc w czymś jeszcze?
 - Kiedy śniadanie? – rzucił Tadeusz, nie do końca pewien skąd pojawiło się to pytanie.
 - Proszę sprawdzić prawą szufladę swojego biurka. Znajduje się tam zapas substancji odżywczych na najbliższe dwa miesiące. W razie braków, proszę o zgłoszenie.
Maszyna rozłączyła się, zostawiając naukowca w stanie lekkiego osłupienia. Pociągnął za rączkę, a w skrytce faktycznie odnalazł całe rzędy pastylek odżywczych, nieużywanych przez klasę średnią ze względu na gigantyczną cenę. Wyciągnął jedną i spojrzał na nią pod światło. Nic, zwykły, biały proszek zamknięty w formie tabletki. Bez przekonania włożył ją do ust, a następnie połknął.
 - Zupełnie n… - Nie dokończył, bo ściana na ponów się rozstąpiła, wpuszczając do środka dwie kobiety w egzoszkieletach. Jedna niosła dyfraktor, który postawiła na półce, druga zostawiła na biurku niewielką, białą skrzyneczkę ze srebrnym „M” na obudowie.
Kurierki zniknęły tak szybko, jak się pojawiły, pozostawiając po sobie tylko delikatny owocowy zapach perfum.
Tadeusz używał już wcześniej komputera tego typu, ale nigdy takiej klasy. Wszystkie zewnętrzne media oraz – co istotniejsze – komponenty maszyny zostały zawarte w małym, metalowym pudełeczku. W teorii wystarczyło tylko nacisnąć na duży przycisk umieszczony na górze i…
Naokoło obudowy otworzyła się mała szczelina, z której wystrzeliły wiązki lasera, omiatające pomieszczenie w szaleńczym tempie. Po chwili zniknęły, a na przystosowanym do tego panelu wbudowanym w biurko wyświetlony został ekran powitalny z logiem „M” w centrum.
Szczelina zasklepiła się, pozostawiając tylko kilka małych dziurek, które zapewne miały odpowiadać za interakcję z urządzeniem.
Tadeusz wyciągnął ręce do przodu tak, by mógł je w miarę wygodnie trzymać przed sobą, wpierając się łokciami o blat. Komputer zareagował, tworząc trójwymiarową reprezentację sfery roboczej w postaci sześcianu zawieszonego w powietrzu. Naukowiec zanurzył dłonie w pomarańczowo-czerwony hologram i skręcił je jakby wyciskał sok z pomarańczy.
Kolor zmienił się na niebieski, a nad sześcian wyskoczył osobny ekran kontrolny satelitów.
 - Jezu, to się dzieje naprawdę…
Tadeusz powiększył rozmiar okna i zaczął klikać w kolejne opcje, ustawiając czujniki na odbiór kierunkowy kwantów z każdego z szesnastu podstawowych kierunków – północ, południe, wschód, zachód, wszystkie kierunku pośrednie oraz reprezentacja owej gwiazdy kompasu w ośmiu pośrednich wartościach w przestrzeni. Satelity po kolei zgłaszały gotowość, blokując swój tor ruchu w określonym położeniu.
Teraz wystarczyło czekać na wyniki pomiarów. Dowiedzieć się skąd pochodzi energia, jak często przepływa przez naszą planetę, za co odpowiada, jak dokładnie się zachowuje…
Tadeusz oparł się na swoim białym, nieskrzypiącym fotelu.
 - Jeśli teraz się obudzę, przysięgam że wyrzucę budzik przez okno – powiedział, czując jak tabletka odżywcza zaczyna wypełniać jego żołądek.


Dane powoli zapełniały tabelki, aktualizując ilość odbieranych kwantów oraz całą ich charakterystykę co godzinę. Tadeusz w tym czasie rozpisał pobieżnie plan testowania właściwości, w razie potrzeby zamawiając odpowiedni sprzęt – teraz już jego półki uginały się od skomplikowanych urządzeń przyniesionych przez kurierów.
Naukowiec uznał, że tajemnicze kobiety muszą być robotami, całkowicie syntetycznymi formami obleczonymi w pseudorealistyczną skórę. Ich oczy nigdy się nie zamykały, cały czas wpatrując się w przestrzeń, a większość z nich wyglądała niemalże tak samo. Ulotny zapach ich perfum pewnie miał nieco oswoić użytkownika z myślą obcowania z jednocześnie tak realistycznym, ale i pozbawionym duszy bytem.
Mężczyzna zaczynał odczuwać zmęczenie. Sztuczne oświetlenie laboratorium nijak nie pomagało w określeniu godziny. Zerknął na zegarek umieszczony w jednym z rogów sześcianu. Godzina do północy – spędził prawie cały dzień na wstępnej analizie wyników, planowaniu wszystkiego, przygotowywaniu miejsca pracy, a wszystko to w jego umyśle zapisało się najwyżej jako nader miło spędzona godzina.
Tadeusz ziewnął przeciągle i wstał z krzesła. Dopiero teraz naprawdę poczuł jak długo musiał tu siedzieć – tyłek był cały zdrętwiały, a plecy nie pozwoliły się wyprostować za pierwszą próbą. Bez przekonania ruszył w stronę kwater mieszkalnych, do których wejście znajdowało się dokładnie naprzeciw przeszklonych drzwi wejściowych. Gdy tylko przestąpił próg, wszystkie światła przygasły, a zewnętrzna szyba pokryła się mlecznym nalotem, blokując wszelkie wścibskie spojrzenia, jeśli takie kiedykolwiek mogłyby się pojawić.
Pewnie i tak obserwowali go przez poukrywane wszędzie kamery.
Tadeusz wziął szybki prysznic w kabinie znajdującej się tuż obok łóżka. Jego brudne ubrania zniknęły, zapewne zabrane przez dziwnych kurierów centrum naukowego, na ich miejscu pojawiły się jednak świeże. Proste, szare spodnie i długi, oślepiająco biały fartuch, zachodzący za kolana, zapinany na kilkadziesiąt guzików, jak sutanna. Kołnierzyk był dość wysoki, wywinięty i ciasno przylegający do szyi. Naukowiec położył wszystkie ubrania na srebrnym krześle stojącym pod ścianą i w samych slipach wszedł do łóżka. Gdy tylko zamknął oczy, wszystkie światła zgasły, pozwalając mu niemal natychmiast odpłynąć do krainy snów.

Obudził się pod wpływem delikatnej muzyki, której źródła nie potrafił zidentyfikować. Panele powoli rozjaśniały się, imitując wschód słońca, z każdym lumenem wyemitowanym z ich powierzchni rozbudzając Tadeusza coraz bardziej.
Naukowiec ubrał się pospiesznie i wszedł do głównego laboratorium. Wciągnął głęboko powietrze, czując ulotny zapach ozonu wytworzonego przez pracujący komputer. Więc to jednak nie był sen.
Z uśmiechem na ustach usiadł przed sześciennym wyświetlaczem i wywołał tabelę z wynikami.
Setki kolumn wypełnionych cyferkami zlewało się w jedno. Ilość danych jakimi dysponował była oszałamiająca, ale przy użyciu kilku sprytnych funkcji, które stworzył, wyekstrahował średnie oraz najważniejsze punkty wszystkich odczytów. Ponad wszystkie inne okna wyskoczył końcowy raport charakteryzujący nową anomalię.

Średnia ilość przekazywanej energii: 0,0377 J;
Średnia częstotliwość występowania: 3 kwanty/minutę, kierunek NE-F względem centrum galaktyki;
Charakterystyka spektrum: Niemożliwa do zaklasyfikowania;
Reaktywność: Ponadprzeciętnie wysoka;
Uwagi: Kwanty zarejestrowane tylko w czujniku NE-F, śladowo w czujniku SW-B;

Tadeusz otworzył kolejny program, a następnie zlecił jednej z maszyn przyniesionych poprzedniego dnia przekierowanie promieniowania przepływającego przez to pomieszczenie w stałym tempie i przepuszczenia jej przez różne ośrodki. Zaznaczył kilka interesujących go pierwiastków oraz związków, a następnie zamknął konsolę.
Podekscytowany poderwał się z krzesła i podczas gdy serwomotory gdzieś po jego prawej zaczynały pracować, on spojrzał przez niewielki okular, dostrajając soczewki. Chciał sprawdzić, czy istnieje jakikolwiek wzór w pojawianiu się dziwnego promieniowania – może właśnie odkrył wiadomość nadawaną przez jakąś obcą rasę? Serce mu przyspieszyło, na samą myśl o tak wiekopomnym odkryciu.


Kilka godzin później Tadeusz wiedział już znacznie więcej o komponencie, który zaczął w myślach nazywać „X”. Nie była to do końca czysta energia pogrupowana w kwanty, jak zakładał wcześniej. Nie była to też w pełni uformowana cząstka elementarna podobna do protonu, elektronu czy bozonu Higgsa. Komponent X przypominał raczej formę przejściową między tymi dwoma stanami, zmieniającą się dowolnie zależnie od tego z czym wchodził w interakcję, zawsze będąc antagonistą w reakcjach – zderzając się z materią uwalniał wielkie ilości energii, wpadając w pola promieniowania lub innego rodzaju mocy „krystalizował się”, tworząc niewielkie cząstki, które niemal natychmiast znikały.
Tadeusz domyślał się, że ów niezidentyfikowana substancja w razie potrzeby albo odbierała część potencjału energii, przenosząc swój punkt równowagi ponad granicę tworzenia materii, albo odbierała siły cząstkom, przeważając szale i ulegając anihilacji. Zastosowania były dość oczywiste – produkcja znacznych ilości energii w warunkach zbliżonych do zimnej fuzji, co oczywiście było niewyobrażalnym skokiem naukowym, szczególnie w świecie pozbawionym niemal zupełnie paliw kopalnych, wychodzącym z olbrzymiego kryzysu energetycznego poprzez umieszczanie na orbicie wielkich ilości satelitów słonecznych. Jednocześnie jednak naukowiec był w stanie znaleźć dla komponentu X zastosowanie militarne, jako źródło mocy niszczącej esencję otaczającego nas świata – materię. Zastosowania nieco bardziej futurystyczne, takie jak odbieranie energii gwiazdom, czy może nawet czarnym dziurom oczywiście pozostawało do zbadania, lecz nie było ani oczywiste, ani zbytnio palące.
Tadeusz czuł jednak, że jest w komponencie X coś, czego jeszcze nie odkrył. Coś znacznie większego niż wielki potencjał w tworzeniu energii z dowolnej cząsteczki. Wtem przypomniał sobie jednak, że jeszcze nie sprawdził wyników zamówionych jakiś czas temu – maszyna, która już dawno przestała pracować, miała za zadanie naświetlić komponentem X próbki konkretnych pierwiastków. Podszedł do elementu roboczego machiny, a następnie wyciągnął małe, metalowe płytki.
Porównał wyniki z dokumentacją, układając blaszki w odpowiednich miejscach i stwierdził, że maszyna musiała ulec awarii, ponieważ nic nie zgadzało się z pierwotnymi założeniami eksperymentu. Tadeusz nieco speszony podszedł do telefonu i nacisnął niebieski przycisk. Odezwała się ta sama kobieta, którą wcześniej usłyszał. Zaczynał podejrzewać, że i ona jest robotem.
 - Witam, centrum zaopatrzeniowe, w czym mogę pomóc?
 - Chciałbym się dowiedzieć, czy istnieje możliwość wezwania pomocy technicznej w sprawie jednej z maszyn. Wydaje się, że przestała działać prawidłowo.
 - Z działem konserwacji skontaktować się można poprzez żółty przycisk umieszczony na telefonie. Czy mogę pomóc w czymś jeszcze?
 - Nie, dziękuję. I przepraszam. - Kobieta rozłączyła się, nim zdążył dokończyć.
Tadeusz nacisnął żółty guzik. Natychmiast zgłosił się miły, męski głos.
 - Witam, centrum napraw. W czym mogę pomóc?
 - Wydaje mi się że jedna z maszyn, manipulator programowany, uległa awarii. Czy mógłbym prosić o przysłanie…
 - Obsługi technicznej, oczywiście. Ktoś powinien pojawić się… teraz. – W momencie gdy mężczyzna w słuchawce wypowiedział ostatnie słowo, ściana rozstąpiła się, przepuszczając typowego robota naprawczego z kilkoma chwytakami wyrastającymi z jego boków.
Tadeusz odłożył słuchawkę.
 - W czym mogę pomóc? Jakie są objawy awarii?
 - Zlecone próbki nie zostały umieszczone w odpowiednich miejscach. Dostałem zupełnie sprzeczne wyniki.
Robot podszedł do maszyny i podłączył się do terminala.
 - Wszystko jest w najlepszym porządku. Próbki zostały umieszczone w prawidłowy sposób, proszę spojrzeć.
Manipulator wyciągnął ze swoich trzewi małą, rudą, metalową blaszkę, która po przecięciu wiązki promieniowania zmieniła kolor na jasnozłoty.
Tadeusz nie miał pojęcia co się właśnie stało. Wyrwał metal ze szponów chwytaka i obejrzał ją dokładnie ze wszystkich stron. Czy to możliwe aby…
Robot zniknął w ścianie, uznawszy że jego pomoc nie jest potrzebna. Naukowiec nachylił się nad notatnikiem, porównując metale wprowadzone i uzyskane.
Tytan zmienił się w hafn. Chrom stał się wolframem. Żelazo zamieniło się w osm, a miedź w… złoto.
Wyglądało na to, że komponent X dodawał każdemu atomowi określonego pierwiastka dokładnie dwie, wypełnione powłoki elektronowe razem z pełnym zestawem protonów, przemieszczając go dwa okresy w dół. Czyżby Tadeusz odkrył właśnie poszukiwany od zamierzchłych lat… kamień filozofów?


Komponent X, zwany również Grotem P ma możliwości dodawania określonej liczby protonów oraz elektronów do pierwiastka, który napotka na swojej drodze w procesie odwrotnym do anihilacji, a zarazem niezaobserwowanym od momentu wielkiego wybuchu – kreacji materii z czystej energii.
Tadeusz szybko został okrzyknięty geniuszem, jego prace ujrzały światło dzienne, a on sam otrzymał olbrzymie laboratorium na osobnym piętrze i mając pod sobą dziesiątki innych naukowców kontynuowała badania nad komponentem X, tworząc dość tanie w produkcji kolektory oraz maszyny dozujące ilość Grotu P w taki sposób, by zmieniać pierwiastki według uznania operatora.
Generacja energii wejdzie lada dzień na zupełnie inny poziom. Dzięki jednej tonie węgla, choć tak naprawdę mógł to być jakikolwiek inny związek lub pierwiastek, uzyskać można energię potrzebną całemu światu, przeszło osiemdziesięciu dwóm miliardom ludzi mieszkającym w wielopoziomowych miastach, jednocześnie nie emitując żadnych zanieczyszczeń do środowiska – cała energia wytworzona w reakcji była absorbowana, nie pozostawiając po sobie ani jednego atomu pozostałości.
Na oceanach niebawem zaczną pojawiać się zakotwiczone platformy na których poustawiane będą olbrzymie kolektory będące w stanie dostarczyć po dziesięć kanistrów uwięzionego Grotu P dziennie. System luster i osłon pozwoli na efektywne magazynowanie komponentu X z minimalnymi stratami ilości cząstek, a jeden taki pojemnik wystarczy elektrowni na pięć lat ciągłej pracy, naturalnie przy zasilaniu dodatkowymi ilościami materii, gdyż nowe oddziaływanie jest tylko inicjatorem wszystkich reakcji.
Wkrótce wszystkie statki kosmiczne zostaną wyposażone w kolektory Grotu P, dzięki którym podróże międzygwiezdne staną się możliwe, a wysyłanie ładunków na orbitę zacznie być coraz tańsze i tańsze. Porzucono wszystkie inne projekty mające na celu usprawnienie lotów kosmicznych, wynoszenie ładunków poza Ziemską atmosferę oraz generację energii w sposób niezależny od źródeł kopalnych. Teraz nawet garść piasku mogłaby zasilić reaktor Grotowy, zapewniając niesamowite ilości energii.

 - Niezły gość, ten Tadeusz, nie Jenna? – zapytał Nick odkładając metalową ramkę z gazetą.
 - Gdyby nie on, teraz pewnie siedziałbyś gdzieś w Chicago, w okolicach piątego poziomu, zbierając muł i fekalia ściekające z góry – odpowiedziała kobieta sprawdzająca przewody biegnące w jednej ze ścian. Mały skaner zapikał, wskazując przetopienie się izolacji.
 - Nasza misja ruszyła na długo przed odkryciem tego gościa. Po prostu dostaliśmy trochę zmienione wytyczne co do próbek i badań, jakie mamy wykonać w naszej drodze na Słońce.
Kobieta mruknęła coś pod nosem, zdejmując metalowy panel i ostrożnie odcinając kawałek zniszczonego przewodu, a następnie wymieniając go na nowy.
Rozległ się alarm, czerwone światła zaczęły migać, nieprzyjemnie rażąc oczy.
 - To ja, to ja! Nie zrobiłam obejścia, przepraszam – powiedziała techniczka wciskając odpowiednią sekwencję przycisków na swoim naramiennym panelu. Przykręciła osłonę przewodów, a następnie usiadła naprzeciwko Nicka.
Błyszcząca, czarna powierzchnia stołu zmatowiała, a następnie rozstąpiła się. Mały wysięgnik podniósł szklankę z pomarańczowym płynem na odpowiednią wysokość tak, by zatrzaskujący się fragment mebla mógł podeprzeć naczynie. Dziewczyna wzięła niewielki łyk i spojrzała za wizjer tylko po to, by zobaczyć nieprzeniknioną czerń – była za daleko i światło z wnętrza kabiny przyćmiewało blask gwiazd.
Z korytarza po lewej zaczęły dobiegać szybkie, ciężkie kroki. Techniczka wychyliła się, by zobaczyć co się dzieje. Ku nim biegł najmłodszy członek załogi, Matt, z paniką wymalowaną na twarzy. Młodzik wbiegł do kantyny i zgiął się, wspierając ręce na kolanach.
 - Straciliśmy dwa zbiorniki z tlenem! Mikrometeory podziurawiły połowę osiemnastego sektora – wydyszał chłopak.
Jenna i Nick spojrzeli na siebie, dziewczyna zareagowała niemal natychmiast otwierając panel alertu zabezpieczeń. Faktycznie, alarm nie był spowodowany przerwaniem obwodu, a awarią części statku. Techniczka przywołała większy trójwymiarowy podgląd stanu, który wyświetlił się nad stołem w postaci kuli najeżonej wieloma czworościanami foremnymi – każdy z nich reprezentował oddzielny sektor lub podsystem statku. Jenna wciągnęła kilka z nich, sprawiając że figury urosły, zmieniając się w długie prostopadłościany z piramidkami na końcu, wyświetlając dokładne informacje o awarii.
 - Zostało nam dziesięć procent początkowej zawartości tlenu. Szlag trafił akurat zbiorniki, które były wypełnione czystym tlenem – korzystaliśmy do tej pory z tych, które pozostały nienaruszone – powiedziała dziewczyna, obracając kulą i zabezpieczając sąsiednie sektory.
 - Co teraz? Zawracamy? – zapytał ponuro Nick.
 - Nie zdążymy dolecieć nawet do Wenus. Możemy natomiast dotrzeć do orbity docelowej, wykonać kilka pomiarów, wysłać transmisję na Ziemię i…
Nikt nie odważył się przerwać martwej ciszy jaka zapadła po tych słowach. W końcu Nick nie wytrzymał, wstał i podszedł do wizjera, wbijając wzrok w blade światło co jaśniejszych gwiazd.
 - Grot – powiedział w końcu.
 - Co: Grot? – zapytał najmłodszy.
 - Ten jego generator i komponent X. To może zmieniać pierwiastki. Pozamieniajmy azot z powietrza w tlen, przecież to tylko jeden proton i elektron więcej, nie?
 - To… może się udać. Trzeba tylko zdobyć dokładne plany. Młody, wyślij wiadomość do dowództwa, przedstaw raport sytuacyjny i poproś o wsparcie ze stworzeniem generatora tego Grota.

Chłopak przytaknął i puścił się biegiem przez korytarz, w stronę mostka. 

niedziela, 20 kwietnia 2014

#1 Kwant Filozoficzny

Tadeusz Grot siedział na – jak zwykle – niewygodnym, lichym siedzeniu kolei grawitacyjnej, szybując z prędkością dwóch tysięcy kilometrów na godzinę trzy tysiące metrów nad miastem. Za oknem zaczynało zmierzchać, choć dolne poziomy miasta od jakiegoś czasu spowijały już kompletne ciemności. Taki przywilej klas wyższych – mogą dłużej cieszyć się słońcem. Kilka dodatkowych minut ciepłego, naturalnego światła, a jak bardzo cieszy…
Tadeusz był naukowcem. Specjalizował się w fizyce z rozszerzeniem w kierunku astronomii. Na co dzień analizował odczyty czujników rozmieszczonych na satelitach okrążających Ziemię, naturalnie tylko interpretując wyniki wstępnie oznaczone przez komputer jako interesujące. W praktyce jednak jego praca sprowadzała się do odbierania kolejnych stosów papierów, przeglądania ich zawartości, a później pisania krótkich notek podsumowujących dokumenty i przesyłaniu ich dalej. Mechaniczna robota, którą mógłby wykonywać każdy.
Kolejka zaczęła zwalniać, wyhamowując w tempie niezaburzającym funkcjonowania ludzkiego organizmu, ale wystarczająco odczuwalnym, by było to nieprzyjemne. Mężczyzna skrzywił się, czując jak wszystkie jego narządy przekręcają się na drugą stronę, lecz mimo to wstał i podszedł do wyjścia. Wagon stanął, drzwi rozsunęły się, a Tadeusz wyszedł na przystanek. Kolejka ruszyła w dalszą podróż, zostawiając do samego na ciemnym chodniku zawieszonym trzy kilometry nad powierzchnią Ziemi, który wyglądał zupełnie jak ulica wyrwana z dwudziestego pierwszego wieku – betonowe płyty ograniczone chodnikiem, brudne ściany budynków, droga z dziesiątkami dziur. Przedziwnie zwyczajne, poza wyrwą przebiegającą dokładnie przez sam środek ulicy – miejscem na kolej grawitacyjną. Przez szczelinę co kilkanaście metrów przerzucone były automatycznie składane i rozwijane kładki, żeby umożliwić ludziom normalne przemieszczanie się między obydwiema stronami drogi.
Tadeusz ruszył w dół ulicy, a następnie skręcił w prawo, w wąską uliczkę prowadzącą do jego mieszkania. Otworzył frontowe drzwi kluczykiem, wjechał windą na pięćdziesiąte piąte piętro i wszedł do swojego mieszkania oznaczonego numerem cztery tysiące sto osiemdziesiąt jeden.
Przywitał go przyjemny zapach mięsa pieczonego w warzywach. Gdy tylko trzasnął drzwiami, na spotkanie wyszła mu jego żona, Natalia, którą pocałował, nim ściągnął płaszcz i zzuł buty. Pod spodem jak zwykle miał fartuch laboratoryjny, czysty, acz odrobinę poszarzały. Cały czas zastanawiał się dlaczego każą nosić mu ubranie ochronne, mimo że pracuje z suchymi danymi…
Małżeństwo zasiadło do obiadu. W tle spikerka wiadomości podawała informacje na temat produkcji czekolady. Tadeusz wziął do ust pierwszy kęs, przymknął oczy i uśmiechnął się.
 - Pychota… Ty to jednak wiesz jak sprawić mi przyjemność, kochanie – powiedział, choć smak potrawy wcale nie był oszałamiający.
Kobieta odwzajemniła uśmiech, nie przerywając jedzenia.
 - Jak było w pracy? Stało się coś ciekawego? – zapytała po chwili.
Tadeusz spochmurniał nieco.
 - Wiesz dobrze jak to jest. To nie jest centrum naukowe, a fabryka wynalazków. Nie oczekują ode mnie bycia prawdziwym naukowcem, a raczej… maszynką wypluwającą co jakiś czas niesamowite odkrycie, tylko na ich własny, komercyjny użytek.
 - Ważne, że dobrze płacą i mamy za co żyć, prawda?
 - Prawda, prawda… Ale ta ciągła kontrola. Jeśli człowiek choć na chwilę przestanie pracować, robot patrolujący natychmiast podlatuje i zaczyna naliczać karne sekundy odejmowane od wypłaty według zupełnie nieznanego mi algorytmu. Jakim cudem zarabiając miesięcznie osiem tysięcy Utmonet dziesięć sekund drapania się po nosie kosztuje mnie pięćdziesiąt Utmonet? Dobrze że chociaż w domu można zachowywać się swobodnie…
Nastała nienaturalna cisza. Spikerka przestała podawać informacje na temat czekolady, wlepiając oczy prosto w niego, choć siedział z boku telewizora. Serce naukowca przyspieszyło. Czyżby naprawdę…
Kobieta w telewizji zaczęła dalej mówić, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Tadeusz wolał nie poruszać tego tematu.
Resztę posiłku zjedli w ciszy.


Kolej spóźniła się dzisiaj o dwadzieścia minut. Na szczęście Tadeusz był przygotowany na taką ewentualność i jak zwykle wyszedł pół godziny przed czasem tak, że w centrum był dokładnie o czasie – po prostu dzisiaj nie musiał czekać kilku chwil nim system zostanie aktywowany.
Zdał płaszcz do szatni i ruszył dalej, w stronę bramek wejściowych. Z przedniej kieszeni fartucha wyciągnął kartę pracowniczą, przeciągnął ją po metalowym blacie jednej z bramek, a następnie wszedł do dużego atrium, pośrodku którego ustawiony był okrągły moduł w którym pracowali ludzie zajmujący się kontaktami z petentami.
Tadeusz skręcił w prawo, w stronę wind, wsiadł do jednej i wybrał trzysta siedemdziesiąte siódme piętro. W tle brzmiała ta sama, denerwująca muzyka, nie zmieniona od dwunastu lat, które już przepracował w centrum naukowym. Na szczęście podróż na jego poziom trwała zaledwie kilkanaście sekund, więc nim zdążył się naprawdę zirytować, wyszedł na tanią, szorstką wykładzinę i ruszył w stronę sali numer osiem. Zniknął w labiryncie cienkich ścianek oddzielających od siebie stanowiska pracownicze. Przed oczami mignęło mu kilka znajomych twarzy oraz kilka fryzur, które rozpoznał (w zależności od położenia kabiny, osoby siedziały tyłem lub przodem do alejki).
Wszedł do swojego boksu oznaczonego numerem dwadzieścia jeden i usiadł na krześle, które jęknęło przeciągle. Czujnik wykrył jego przybycie, a następnie natychmiast wysłał odpowiednie rozkazy do centralnego komputera, przydzielając mu odpowiednie zadania. W grubej rurze pneumatycznej umieszczonej pośrodku jego biurka pojawiła się pierwsza kapsuła, którą Tadeusz bezceremonialnie wyjął, otworzył i wyciągnął z niej rulon papieru.
Przebijał się przez kolumny cyfr oraz lakonicznych oznaczeń z mozołem, powoli łącząc fakty i interpretując wyniki. Kilka satelitów znad oceanu Atlantyckiego odebrało dziwne odczyty promieniowana pochodzące z okolicy nieba, w której wykryto kiedyś wybuchy nieskoordynowanych impulsów gamma. Najprawdopodobniej był to bardzo skomplikowany układ pulsarów wysyłający „sygnał” w kierunku Ziemi co bardzo długi odcinek czasu, albo przemierzająca wszechświat czarna dziura, wyrzucająca czasem niewielkie ilości promieniowania. Mimo wszystko nie było to ani interesujące, ani warte dalszego badania.
Tadeusz zanotował swoje spostrzeżenia, zapakował papiery do kapsuły i wysłał dalej, do weryfikacji, kolejnym tunelem.
Nie czekał nawet piętnastu sekund na przybycie kolejnej porcji danych do rozgryzienia. Niebieski papier prześwitywał przez plastikową obudowę, dając nadzieję na nieco ciekawsze informacje – tym kolorem oznaczane były czujniki umieszczone na wyższych orbitach, wysoko wyspecjalizowane i przystosowane do odbierania nawet najdrobniejszych odchyleń od normalności. To właśnie dzięki nim najczęściej dokonywane były największe odkrycia, jak udowodnienie istnienia cząstki X przeszło dwa lata temu. Cząstka X odpowiadała za nadawanie ładunku elektrostatycznego nienaładowanym cząstkom, co znalazło zastosowanie w produkcji wysokoenergetycznych magnesów i przyczyniło się do rozwoju kolei magnetycznej, która okalała prowincjonalne rejony nie mogące pozwolić sobie na zastosowanie znacznie bardziej wydajnej, ale droższej w stworzeniu, kolei grawitacyjnej.
Podobno naukowiec, który po raz pierwszy oznaczył cząstki X pracował zaledwie dwa piętra wyżej, co ciekawe również w boksie numer dwadzieścia jeden, jak Tadeusz. Naukowiec za każdym razem gdy otrzymywał niebieskie papiery skrycie marzył, by odkryć coś rewolucyjnego. Wreszcie wykazać się i zrobić to, o czym marzył odkąd opuścił uniwersytet – dokonać prawdziwego odkrycia naukowego, zdobyć uznanie, awansować, zostać głównodowodzącym całego piętra naukowców, a może nawet całego segmentu składającego się z osiemdziesięciu dziewięciu poziomów, zajmujących się określoną grupą czujników, albo konkretnym tematem.
Tadeusz wyciągnął papiery z kapsuły i spojrzał na nagłówek.

Satelita Badawczy SB-009227465-Orion

Tak jak podejrzewał, górna orbita, niemalże niezakłócona przez odczyty z Ziemi. Przeniósł wzrok trochę niżej.

Wykrycie 4 kwantów energii o nieprzypisanej wartości

 - Pewnie błędy z kalibracją… - wyszeptał Tadeusz, nie zdając sobie sprawy z tego, że mówi na głos.
Serce zaczęło mu bić trochę szybciej.

Wpis 1 ------------- 02:01:01 ------------ 0,0377 ------------- niezidentyfikowane
Wpis 2 ------------- 06:01:01 ------------ 0,0376 ------------- niezidentyfikowane
Wpis 3 ------------- 10:01:01 ------------ 0,0378 ------------- niezidentyfikowane
Wpis 4 ------------- 14:01:01 ------------ 0,0377 ------------- niezidentyfikowane

Dokładnie co cztery godziny coś wysyłało w ich kierunku porcje energii, które miały niespotykanie zbliżone wartości, na poziomie błędu pomiarów. Żadna sygnatura nie pasowała do tej określonej liczby. Do fotonu było mu zdecydowanie za mało, a pole grawitacyjne do wygenerowania takiej siły potrzebowałoby Jowisza oscylującego kilka kilometrów od czujnika.
Tadeusz wziął długopis i nabazgrał pospiesznie kilka zdań, zapisując swoje spostrzeżenia. Na początku chciał po prostu włożyć papiery z powrotem do kapsuły i odesłać je dalej, ale zawahał się na chwilę. A jeśli to naprawdę coś ważnego? Coś przełomowego?
Odłożył pojemnik na biurko, spiął nieco zmięte dokumenty, a następnie ostrożnie włożył je pod notatnik leżący przy jego prawej ręce. Rozejrzał się, poddenerwowany, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Nawet robot nadzorujący wlepiał komuś karny mandat za obijanie się w drugim końcu pomieszczenia.
Tadeusz wychylił się ze swojego boksu, spoglądając w stronę przeszklonych drzwi z wielkim napisem „Nadzorca 377”. Przełknął ciężko ślinę i wrócił do swojego stanowiska pracy. Nabazgrał szybką notkę mówiącą o braku interesujących wyników, wepchnął ją do pojemnika i wysłał dalej.
Po chwili, jak gdyby nigdy nic, przybyła następna kapsuła z kolejnym zestawem nudnych danych.


Ta noc była wyjątkowo niespokojna. Tadeusz najpierw przez bardzo długi czas nie mógł zasnąć, a gdy wreszcie mu się to udało, przebudzał się co kilkadziesiąt minut. Dlaczego odłożył te papiery? Dlaczego nie wysłał ich dalej, tak jak powinien?
Chyba wreszcie chciał zacząć robić to, dla czego w ogóle wybrał się na studia fizyczne. Chciał być naukowcem, który odkrywa tajemnice wszechświata. Tylko jakim cudem, bez żadnych dodatkowych badań miał to osiągnąć?
Nad tym nie zdążył się jeszcze poważnie zastanowić. Na razie planował jutro spakować papiery do plastikowej teczki i przemycić je na zewnątrz pod koszulą. Plan był ryzykowny jak jasna cholera, wystarczył nieuważny ruch, by ujawnić nieregularny kształt pod materiałem. Wystarczył odpowiedni skaner w sensorach robota nadzorującego, by wszystko szlag trafił, ale Tadeusz czuł, że musi podjąć ryzyko. Musi wydostać z centrum naukowego te dane, bo inaczej zostaną one zwyczajnie zmarnowane jako inwestycja o niewystarczającej potencjalnej rentowności.
Naukowiec wpatrywał się w czerwone, elektroniczne cyfry zegara od ponad godziny. Nie liczył już na to, że zaśnie, tym bardziej że zegar wskazywał szóstą pięćdziesiąt dziewięć. Jeszcze chwila i… odezwał się wżynający w umysł dźwięk alarmu, natychmiast wyłączony przez Tadeusza, który czekał z ręką na wyłączniku.
Natalia na szczęście się nie przebudziła. Tłumaczenie jej niewyspania i podenerwowania byłoby dodatkową komplikacją, której nie potrzebował. Odpuścił sobie śniadanie, tylko przemył twarz, ubrał się i wyszedł na zewnątrz.
Słońce ledwie zaczynało wychylać się znad horyzontu, odległy szum na jednej z autostrad tworzył nierzeczywiste tło dla wyblakłego świata. Tadeusz, orzeźwiony odrobinę chłodnym powietrzem, ruszył w stronę przystanku kolei grawitacyjnej.
O dziwo wagon przyjechał pięć minut przed czasem, tak więc naukowiec był w centrum ponad pół godziny przed czasem. W środku panowała nienaturalna cisza – nikt jeszcze nie przyszedł, a w całym obiekcie nie było nikogo poza kilkoma ochroniarzami z nocnej zmiany.
Bez przekonania wyciągnął kartę, idąc w stronę bramek. Jedna z nich się otworzyła, choć nie przytknął przepustki do odpowiedniego panelu.
 - Czyżby wreszcie zamontowali bezprzewodowe czytniki? – zapytał sam siebie, wchodząc do środka.
Wjechał windą na swoje piętro, znalazł swoje drzwi oraz swój boks. Usiadł na skrzypiącym krześle i zatopił twarz w dłoniach, rozcierając ją delikatnie.
Rozejrzał się dyskretnie. Robot nadzorujący wciąż siedział w swojej stacji dokującej, nikogo innego nie było jeszcze w biurze. Nie będzie miał lepszej okazji by wprowadzić swój plan w życie.
Dyskretnie rozpiął guziki koszuli, a następnie wyciągnął z nich czarną, plastikową teczkę. Wepchnął do środka pospiesznie dokumenty wciąż leżące pod zeszytem, cały czas rozglądając się na boki, zamknął zapięcie i wepchnął pakunek pod ubranie. Jak nigdy zapiął również fartuch, by jeszcze bardziej zabezpieczyć się przed potencjalnym wykryciem.
Serce waliło mu jak oszalałe, pocił się i czuł jakby właśnie skończył maraton.
 - To wszystko w imię nauki – szepnął do siebie.
Jego myśli zatrzymały się na chwilę przy momencie wyciągania dokumentu spod zeszytu. Coś było nie tak… tylko co? Nagłówek wyglądał podobnie, zestaw danych również. Kolor się zgadzał, tylko… całość była do góry nogami. Wczoraj odłożył papiery tak, że mógł wszystko bez problemu przeczytać, teraz literki były odwrócone. Co znaczy że ktoś tu był, odkrył jego kryjówkę, podniósł dokumenty, a następnie odłożył je do góry nogami.
 - O mój Boże… - wyszeptał.
 - Wreszcie się pan zorientował? Zajęło to panu chwilę – powiedział głos za jego plecami.
Tadeusz obrócił się na krześle, a jego oczom ukazała się dwójka rosłych, łysych mężczyzn w garniturach i czarnych okularach,  którzy zagradzali mu wyjście z boksu.
 - Kradzież dokumentów należących do firmy to poważna sprawa, panie Grot. – Drugi mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie.
 - Będzie najlepiej, jeśli pójdzie pan z nami, panie Grot. Bez szarpania, tak będzie łatwiej.
Tadeusz nie wiedział co zrobić. Pomyślał o swojej żonie, Natalii. Jak ona sobie da radę bez niego? Wiedział dobrze jaką karą jest jawne wystąpienie przeciw firmie. Podpisywał kontrakt wiele lat temu, ale punkt 11b zrobił na nim takie wrażenie, że dokładnie pamiętał jego treść – „Kto w jakikolwiek sposób zagrozi interesom firmy, lub jawnie przeciw nim wystąpi, zobowiązany jest dobrowolnie poddać się deneuralizacji.”
Deneuralizacja. Wypalenie wszystkich komórek nerwowych ciała. Natychmiastowy zgon bez możliwości przywrócenia do życia przy pomocy cudów współczesnej medycyny…
Tadeusz wstał, dwójka mężczyzn ujęła go pod ramiona – rychło w czas, bo gdy tylko poczuł ich dotyk, nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Na szczęście agenci byli wystarczająco silni by go podtrzymać, nim odzyska rezon.
Cała trójka, krok za krokiem, ruszyła w stronę oszklonych drzwi z napisem „Nadzorca 377”.


 - Muszę poprosić o zwrócenie dokumentów, które są własnością firmy, panie Grot – powiedział jeden z mężczyzn, gdy przeszli przez oszklone drzwi.
Dwie silne ręce puściły Tadeusza, a on, ledwo utrzymując się na nogach, rozedrganymi rękoma rozpiął fartuch, koszulę i wyciągnął spod ubrania teczkę. Drugi agent delikatnie wyciągnął ją z dłoni naukowca, podczas gdy pierwszy przycisnął kąt żuchwy, wypowiadając kilka niezrozumiałych słów.
Wykładzina pokrywająca dokładnie cały gabinet nadzorcy zaczęła się marszczyć i pękać. W samym środku, fragment podłogi od drzwi aż do biurka zaczął powoli zjeżdżać w dół, tworząc schody prowadzące do korytarza wyłożonego białymi, podświetlanymi panelami.
 - Zapraszamy dalej. – Tadeusz poczuł dłoń na swoim lewym ramieniu, która popchnęła go delikatnie w stronę zejścia.
Znaleźli się w dość długim korytarzu, który wydawał się składać z czystego światła porozdzielanego srebrnymi kwadratami rozgraniczającymi poszczególne panele. Gdy ruszyli jednak dalej, coś zaczęło się nie zgadzać – co jakiś czas po bokach pojawiały się spore, oszklone drzwi z niewielkimi metalowymi numerkami wtopionymi w szkło. W środku nie było typowych foteli dzięki którym przeprowadzało się deneuralizację, a w pełni wyposażone laboratoria wypełnione sprzętem najwyższej klasy.
Pochód zatrzymał się przy drzwiach oznaczonych numerem dwudziestym pierwszym.
 - Proszę przyłożyć rękę do czytnika, panie Grot – rozkazał jeden z mężczyzn.
Tadeusz położył dłoń na przezroczystym panelu, a drzwi natychmiast odsunęły się na bok. Cała trójka weszła do środka.
Pomieszczenie było dość spore i nadspodziewanie jasne. Świetlne panele ukrywały nieskazitelnie białe meble i biurko, na którym leżała brązowa teczka z zamkiem genetycznym. Obok niej znajdował się srebrny telefon z kilkoma kolorowymi przyciskami zamiast zwykłej klawiatury numerycznej.
 - Winni jesteśmy panu pewne wyjaśnienia. Wydawało nam się przez chwilę, że jest pan raczej przerażony naszą wizytą, a nie ma ku temu żadnych powodów.
 - Czyli… nie chcecie mnie zabić? – zapytał rozedrganym głosem Tadeusz.
Dwójka mężczyzn zaśmiała się, spoglądając na siebie spod ciemnych okularów.
 - Oczywiście, że nie! Wykazał pan odpowiedniego ducha! Zechciał pan poprowadzić prawdziwe badania zamiast zwykłego przerzucania papierków. Pokazał pan swoją prawdziwą wartość, a w nagrodę otrzymał pan to… laboratorium do pańskiej dyspozycji.
 - Laboratorium?
 - Naturalnie nie ma tu jeszcze żadnego sprzętu, ale to żaden problem. Stefan, zademonstruj.
Drugi agent podszedł do telefonu, podniósł słuchawkę i nacisnął niebieski guzik.
 - Pani Joanno, zgłaszamy zapotrzebowanie na wysokoenergetyczny laser zielony, bez kryształów fazujących.
Odłożył słuchawkę, a chwilę później ściana rozstąpiła się, przepuszczając drobną kobietę niosącą w rękach spore urządzenie. Miała na sobie niewielki egzoszkielet, który przejmował sporą część masy obiektu, który przenosiła.
Kobieta znikła tak szybko jak się pojawiła, lecz teraz na jednej z półek stało urządzenie, które przed chwilą zostało zamówione.
 - Wszystko, czego pan potrzebuje. Wszystko żeby zbadać anomalię, którą pan wykrył. Dodatkowe informacje znajdzie pan w teczce, która leży przed panem.
Tadeusz opadł na krzesło zupełnie bez sił. To jeszcze nie zaczęło skrzypieć, więc tylko jego westchnięcie ulgi pomieszanej z zachwytem wypełniło pomieszczenie.
 - A co z moją żoną, co z Natalią?
 - W związku z tym, że spędzi pan tu… trochę czasu, pana żona otrzymała już list informujący ją o pana pilnej delegacji na kolonii Księżycowej. Otrzymała również tymczasowe środki do życia w wysokości dziesięciu tysięcy Utmonet.
 - Co pan rozumie przez „spędzę tu trochę czasu”? – Tadeusz spojrzał prosto w oczy agenta.
 - Zapomniałbym. Ten punkt badawczy jest obiektem warunkowo zamkniętym. Wydostanie się z niego możliwe jest tylko po otrzymaniu przepustki, a podczas pobytu na zewnątrz konieczne jest noszenie obroży blokującej, naturalnie aby zapewnić bezpieczeństwo danych firmy.
Naukowiec nie odpowiedział.
 - Jeszcze coś? – zapytał mężczyzna nazwany wcześniej Stefanem.
 - Jeśli nie zamierzają mnie panowie zabić, to… myślę że z chęcią zapoznam się z zawartością brązowej teczki.
Mężczyźni skinęli głowami i wyszli. Po chwili jeden z nich wrócił, odkładając na półkę czarną teczkę odebraną wcześniej Tadeuszowi.
Naukowiec nie wiedział co się wydarzyło, ani czy za chwilę nie obudzi się we własnym łóżku. Chwycił za zamek genetyczny, który delikatnie zadrapał skórę na jego palcu, a później odskoczył z cichym kliknięciem. Otworzył teczkę i zaczął czytać.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Kolejna zmiana zasad

W związku z pewnymi pomysłami, jakie napłynęły w komentarzach, jeśli chodzi o częstotliwość umieszczania wpisów, postanowiłem zmienić formę umieszczania fragmentów opowieści.

Od teraz na blogu pojawiały się będą znacznie dłuższe wpisy, lecz ze znacznie mniejszą częstotliwością. Wstępnie chciałbym publikować trzy razy w miesiącu - pierwszego, dziesiątego i dwudziestego dnia miesiąca. Jeśli wszystko będzie się toczyć jak powinno, to przejdę do trybu cotygodniowego, zarzucając dni miesiąca i przechodząc do publikacji określonego dnia tygodnia.

W związku z tym, że dziś mamy już siedemnastego, dwudziestego kwietnia (w niedzielę) pojawi się pierwszy kawałek opowiadania Kwant Filozoficzny. Następny fragment pojawi się więc pierwszego maja i tak to się będzie ciągnąć, chyba że osiągnę odpowiednio dużą przewagę ilości tekstu, który mogę publikować - wtedy, jak już pisałem, wstawiać będę wszystko co tydzień, najpewniej co piątek.

Życzę miłego czytania
Graphoman

środa, 16 kwietnia 2014

Kwant Filozoficzny

Zakończyliśmy opowieść Ramię w ramię, lecz nie zamierzam spocząć na (wątpliwych) laurach i rozpoczynam dalsze prace nad Kwantem Filozoficznym.

W tej opowieści spotkamy Tadeusza Grota, który jest zdecydowanie niezadowolony ze swojej pracy w centrum naukowym. Pewnego dnia jednak odkrywa coś, co może odmienić jego los. Czy uda mu się tego dokonać?

Przekonamy się razem w najbliższy piątek i przez kolejne kilka tygodni trwania tej opowieści.

Zapraszam do czytania
Graphoman

wtorek, 15 kwietnia 2014

Ramię w ramię - Notatki Popisarskie

Zawsze interesowała mnie ukryta przed oczami czytelnika część procesu twórczego. Z ciekawością wypatrywałem wszelkiego rodzaju ciekawostek na temat pisania, ciągu myśli, który doprowadził do powstania utworu literackiego, albo do uformowania się postaci oraz fabuły w taki, a nie inny sposób.
Niestety rzadko można coś takiego znaleźć, a ja uznałem, że byłoby ciekawym pomysłem rozpisać się trochę o opowieści Ramię w ramię, odkrywając część pracy, która nie jest widoczna podczas czytania, a także wyjaśnić część sekretów, na które większość ludzi nie zwróci najmniejszej uwagi, a które umieściłem w opowieści w pełni świadomie (o tych umieszczanych nieświadomie zwyczajnie nie wiem :).

Zacznijmy od początku.

UWAGA, DUŻO NUMERKÓW!

Ramię w ramię zaczęło powstawać dwudziestego styczna dwa tysiące czternastego roku, o godzinie dwunastej pięć z dziesięcioma sekundami (ach, cuda współczesnej techniki ;D).
Ukończone zostało dziesiątego marca dwa tysiące czternastego roku o godzinie siedemnastej pięćdziesiąt siedem z czterdziestoma czterema sekundami, co daje nam jakieś półtora miesiąca (czterdzieści dziewięć dni) roboty na czterdzieści trzy strony, dwadzieścia pięć tysięcy czterysta dwadzieścia słów i trochę ponad sto siedemdziesiąt dwa tysiące znaków. Czyli w przeliczeniu na dzień pisałem podobno trzy i pół tysiąca znaków dziennie, co nie byłoby taką bzdurą, bo starałem się pisać co najmniej jeden fragment dziennie, codziennie, choć oczywiście czasem zdarzało mi się popełnić trochę więcej, czasami natomiast wcale, bo akurat skupiałem się na innych projektach (głównie Kwant Filozoficzny).

KONIEC NUMERKÓW ;)

Fabuła

Pomysł zrodził się dość spontanicznie i od samego początku bardzo szybko ewoluował. Na samym początku miała być to historia wielu gladiatorów, którzy spotkawszy się na arenie odmawiają walki przeciw sobie, a następnie uciekają, by zgromadzić armię i obalić złego króla.
Pomysł padł natychmiast, gdy tylko „zabiłem” Rektara, jednego z pierwotnych bohaterów, których była szóstka, bardzo mocno oklepanych bohaterów – był typowy krasnolud-inżynier, który miał zadbać o machiny latające oraz sprzęt oblężniczy, łuczniczka, która miała za zadanie przekonać do swej sprawy elfów, mężczyzna walczący kijem (nawet nie dałem mu jakiegoś konkretnego charakteru), dziewczyna parająca się walką krótkimi mieczami, osiłek (Rektar) oraz mag.
Każdy z nich miał po kolei przekonywać do swej sprawy konkretnych sojuszników – łuczników oraz władców bestii z lasów elfów, jednostki latające, wilków morskich, rolników mających zapewnić zaopatrzenie całej armii, skalnych golemów oraz Ludzi Mgły, zabójców.

Jak pisałem, temat upadł niemal natychmiast, już w drugim fragmencie, gdy umarł Rektar, a głównym bohaterem przez chwilę był dowódca organizujący natarcie na bestię, który jednak… też zginął, a ja zostałem z nędznym kupcem Rhebem, który musiał udźwignąć ciężar całej fabuły ;)

Dalej pomysł miał tylko ogólny zarys, który rozwijał się co najwyżej kilka fragmentów do przodu, choć podążał ogólną ścieżką, którą ustaliłem na samym początku – spokoje zbieranie sił, odparcie Karran, a następnie inwazja ich świata.

Bohaterowie

Osobiście najbardziej do gustu przypadła mi Aenna. Wydawała mi się ciekawą postacią, choć zdaję sobie sprawę, że po zgromadzeniu wszystkich w jednym miejscu zeszła na dalszy plan, a jej potencjał nie został w pełni wykorzystany.
W początkowych zamysłach miał nastąpić jakiś przełom, który zmusi ją do wykorzystania jej pełnej mocy, głośnej inkantacji, dzięki której stanie się CośPrzerażającoPotężnego. Nie wyszło. Ale nie stawiam jeszcze kropki nad „i”, możliwe że jeszcze kiedyś powrócę do tej postaci.

Rheb od początku mógł wzbudzać nieco negatywne emocje, ale jednocześnie winno się czytelnikowi zrobić go odrobinę szkoda. Tak przynajmniej próbowałem to zbudować. Z czasem Rheb traci jednak swoją maskę nieznanego, acz dobrego gościa, gdy podczas przybycia do zatoki Ak’t, gdzie rezyduje armia, nagle zmienia się, co finalnie wyjaśnia się na samym końcu.

Goltan jest od początku do końca dobrym gościem, choć wydawać by się mogło, że przez pewien czas siły działające na Rheba zaczynają na niego działać.

Jak się pisało?

Cóż… Samo prowadzenie fabuły było ogólnie bardzo przyjemne. Podczas pisania musiałem zrobić sobie dwie przerwy, żeby odpocząć od tematu, ale wtedy nie leniuchowałem i zająłem się kolejnymi projektami, więc nie mam na co narzekać.

Końcówkę uważam za bardzo słabą. Mam wielki problem z końcami, próbuję jak najszybciej dotrzeć do końca, skracając wiele rzeczy i robiąc je byle jak, co widać po ostatnim fragmencie, który możliwe że kiedyś jeszcze rozbuduję. Możliwe że jeszcze przed publikacją tego tekstu, gdyż w momencie, kiedy to piszę, na blogu właśnie pojawił się piętnasty z trzydziestu fragmentów.

Zagadki

Po pierwsze – może to nie być widoczne tak dobrze, jak będzie to pokazane w kolejnej opowieści – Kwant Filozoficzny – ale większość, jeśli nie wszystkie numery użyte przeze mnie są liczbami ciągu Fibonacciego, którego jestem wielkim fanem ;)

Jeśli chodzi natomiast o bardzo skomplikowaną, ale i – jak sądzę – interesującą zagadkę, jaką są imiona bogów… tutaj będę musiał wyjaśnić trochę więcej.

Pierwsza trójka bogów, którzy powstali na potrzeby opowieści – Ur, Eb i Oe byli zupełnie przypadkowi. Pomysł na krótkie imiona wpadł mi po prostu do głowy podczas piania, a ja postanowiłem na tę modłę tworzyć wszystkie pozostałe imiona bogów, by wszystko wydawało się być jedną całością.
Podczas pisania jednego fragmentów, gdy wprowadzałem boga Wa, zauważyłem że… z imion bogów można ułożyć jakiś konkretny napis, jakoby odwieczną przepowiednię przesłaną przez stworzycieli samych bóstw.

Wpierw wypiszmy wszystkich bogów, jacy pojawili się w opowieści Ramię w ramię:

Ur – bóg - mąż
Eb – bogini - żona
Oe – bogini mądrości, magii
Wa – bóg pracy
Be – bóg obfitych plonów
F – bóg zła
Yo - patron wynalazców
Is - bóg władców
Re - bóg wojny i oblężenia
Rh – opiekun gignatów

Mamy więc Ur, Eb, Oe, Wa, Be, F, Yo, Is, Re oraz Rh. Szybko można wyłapać słowo, które po przeczytaniu go sto czterdzieści jeden razy w opowieści można mieć już dość – Rheb.
Lecz co z tym Rheb’em?

RhEb Is YoUr FOe, BeWaRe.

Na polski: Rheb jest waszym wrogiem, uważajcie.

Ostrzeżenie od samych bogów do ludzi Nowego Świata oraz do czytelnika, choć ostatnie fragmenty układanki w postaci Re oraz Is pojawiają się w ostatnim fragmencie.


Uważam, że sprawa byłaby nie do odgadnięcia, gdyby komuś nie wskazać dokładnie czego ma szukać. Albo w ogóle – ŻE ma szukać ;)

Dalsze losy?

Część elementów pozostała nie do końca wyjaśniona, głównie ze względu na moją niecierpliwość.

Po pierwsze – wsparcie powietrzne które zdobył Rheb. Mieli oni przybyć podczas zażartej walki z lotnictwem nieprzyjaciela, ratując skórę armii Nowego Świata. Może i tak było, Ramię w ramię na ten temat milczy.

Po drugie – skarb oferowany w zamian za stworzenie machin latających przez Donka.
Owszem, skarb istnieje, kartka jest prawdziwa i zawiera odpowiednie koordynaty. W jaskini jednak znajduje się tylko wielki kufer, w który leży piękny zwój, opieczętowany przez samego Rheba, na którym napisane jest „Marzenia są warte więcej niż góra złota…”
Ciekawe czy tak samo stwierdzi Donk, po tym jak wyda każdego miedziaka by wywiązać się ze swego zobowiązania…

Po trzecie – co dalej z Nowym Światem, Goltanem i Rhebem?
Sprawę pozostawiam częściowo otwartą. Goltan wraca do Nowego Świata i wraz z pomocą ocalałych żołnierzy odbiera władze dotychczasowym monarchom, jednocząc Urusynów i Ebsynów, lecz niedługo po tym następuje kolejna inwazja Karran, która…
No właśnie tutaj następuje ta otwarta część ;)

Chyba tyle, i tak już rozpisałem się jak głupi.
Blog ma ten plus, że każdy chętny może zadawać dodatkowe pytania, na które postaram się odpowiedzieć. A jeśli samo podsumowanie przyjmie się dobrze, po każdej opowieści będę pisał taki „raport bitewny” z pola walki, na którym jeno wyobraźnia i pióro (a raczej klawiatura) może posłużyć za wartościowy oręż.

Do zobaczenia w kolejnej opowieści Kwant Filozoficzny!
Graphoman

P.S. Aha! Do wszystkich fanatyków, którzy jednak dopatrzyli się tego, czego tak bardzo się wstydzę – połączone armie Nowego Świata mają co prawda skrót UE, od Urusynów i Ebsynów, ale NIE MA to żadnego związku z Unią Europejską, której jestem zagorzałym przeciwnikiem.

Tfu. Że też spod mojej ręki takie ścierwo powstało ;)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

#30 Ramię w ramię

Ku uldze Rheba oraz Goltana z dalszej walki zrezygnowało tylko kilkudziesięciu mężczyzn, głównie starych lub posiadających duże rodziny. Nie odchodzili w chwale, ale też nie zostali wyszydzeni i napiętnowani.
Posłańcy wysłani przez Urusyna wrócili kilka dni później, przywodząc ze sobą trzynaście sporych łodzi, za które zapłacili z resztek złota, jakie posiadał Rheb. W ciągu kolejnego tygodnia armia Nowego Świata zebrała odpowiednie ilości prowiantu, a następnie wyruszyła w długi rejs ku swojemu przeznaczeniu.

Lądowanie przebiegło nader sprawnie. Statki przybiły do zatoki, gdy śnieg zaczął już topnieć.
Nikt nie przybył na powitanie wojsk Nowego Świata. Nikt nie patrolował linii brzegowej, a przez cały czas pospiesznego wypakowywania broni oraz prowiantu nie napotkali nawet jednego tubylca, który mógłby zaalarmować wojska Karran.
Rheb i Goltan zebrał na uboczu kilku najlepszych ludzi, których wybrał jeszcze nim wyruszył, a następnie nakreślił im swój plan.
 - Przeglądałem mapy Starego Kontynentu. Kraj dzieli się na kilka prowincji, każda silnie ukierunkowana na konkretne potrzeby, które zaspokaja, odbierając wszystko inne od pozostałych – powiedział Rheb, wyciągając stary zwój z zatartymi liniami nakreślonymi na pergaminie.
 - W ten sposób, gdy odetniemy jedną z dróg zaopatrzeniowych, pozbawimy pozostałych określonych towarów – dopowiedział Goltan, który wcześniej omówił ze swoim przyjacielem ogólny plan ataku.
 - Dlatego właśnie rozdzielimy swoje siły na trzy grupy uderzeniowe. Jedna, dowodzona przez Goltana, ruszy na południe, do krainy żyznych ziem, spichlerza Starego Kontynentu – Agricola Major. – Pasterz kiwnął głową, potwierdzając słowa Urusyna.
 - Druga grupa, którą poprowadzisz ty, Aerbie, ruszy na północ, do przemysłowej prowincji, by odciąć ich pozostałe linie zaopatrzeniowe – powiedział Ebsyn.
 - Ja natomiast, z największą grupką naszych wojsk, ruszę środkiem, przez Magus Pentia do Populus Regnum, gdzie zaczekam na was. Dopiero wtedy uderzymy na samą stolicę i przejmiemy władzę – dokończył Rheb, spoglądając na wszystkich zgromadzonych wokół mapy.
Ich twarze wyrażały zdumienie, ale i podziw. W ich umysłach wciąż roztaczał się obraz pokojowego, opływającego bogactwami państwa Nowego Świata oraz Starego Kontynentu, zebranego pod jedną banderą Ebsynów i Urusynów.
 - Koniec gadania, wyruszamy – powiedział Goltan, przerywając moment ciszy, jaki zapadł na kilka chwil. Wszyscy kiwnęli głowami wrócili do swoich zajęć.

Kłosy wysokich traw kładły się pod naporem podmuchów ciepłego, wiosennego wiatru, sprawiając że polana falowała niby zielony ocean, na którym powoli płynęła luźno rozstawiona kolumna pieszych.
Goltan szedł między innymi, wspierając się na swoim pasterskim kiju, przeczesując wzrokiem horyzont rozległych, nieobsianych jeszcze pól, które były w stanie wyżywić dziesiątki tysięcy ludzi, a także pojedyncze nieużytki i zagajniki, które wkomponowywały się w krajobraz wprost perfekcyjnie.
Setce żołnierzy towarzyszyła dość luźna atmosfera – wszyscy wokół rozmawiali ze sobą, nie kryjąc swojej obecności, nie czując żadnego zdenerwowania groźbą ataku nieprzyjaciela. Odkąd oddzielili się od pozostałych wojsk nie napotkali ani jednego patrolu wroga, a wszystkie wioski, które mijały, witały ich z pewną dozą nieufności, lecz zdecydowanie nie agresywnie.
 - Rheb miał rację. Te Karrańskie psy wysłały wszystkie swoje wojska do Nowego Świata – rzucił głośniej ktoś z kolumny, przekrzykując ogólny gwar.
 - Nie przeszło im nawet przez myśl, że młody szczeniak, którego wyhodowali pod własnym nosem też potrafi ugryźć! – dodał ktoś inny, a wokoło wybuchło kilka donośnych śmiechów.
Trawy dookoła zafalowały, a wszystkie rozmowy nagle ucichły. To nie wiatr je poruszył.
 - Tarcza przy tarczy! Tarcze na zewnątrz! – krzyknął dowódca, wypychając Goltana między zacieśniające się szeregu, samemu stając między innymi tarczownikami.
Spomiędzy traw wstał tuzin mężczyzn, do tej pory przysypanych grubą warstwą suchych łodyg, które teraz powoli opadały na ziemię. Wszyscy trzymali w rękach łuki, naciągając cięciwy.
 - Głowy w dół! Wszyscy za tarcze! – krzyknął dowódca, kuląc się za własną pawężą.
Kilkanaście strzał przecięło powietrze i wbiło się w drewno z głuchym dźwiękiem. Ktoś krzyknął, zapewne ugodzony pociskiem, lecz większość kolumny pozostała nietknięta.
 - Teraz! Grupa pierwsza spomiędzy tarcz. Szarża! – znów wykrzyknął głównodowodzący, chowając swoją pawęż tak, by przepuścić żołnierzy.
Kilkunastu mężczyzn wybiegło spomiędzy szeregów wojsk Nowego Świata z okrzykiem na ustach. Natychmiast uderzyli na łuczników, którzy jeszcze nie zdążyli nałożyć strzał na cięciwy, związując ich walką. Chwilę później reszta oddziału ruszyła na wroga, przytłaczając go liczebnie w stosunku dziesięć do jednego.
Goltan pokiwał głową w zdumieniu. Doskonale wyszkoleni, perfekcyjnie zdyscyplinowani. A jeszcze kilka miesięcy temu każdy z nich krył się we własnym domostwie, bojąc się o życie swoje i swoich bliskich.

Kapłani oraz magowie z Magus Pentia byli nader skorzy do współpracy, wysyłając poselstwo w stronę nadchodzących wojsk gdy te ledwie pojawiły się na horyzoncie. Rheb zaakceptował ich ofertę, zaniechując walki oraz oblegania tej części Starego Kontynentu w zamian za całkowitą uległość względem nowego władcy, ktokolwiek miałby nim zostać.
Populus Regnu, zgromadzenie wszystkich posłów z każdej części Starego Kontynentu nie było jednak aż tak skore do współpracy. Ich główna siedziba, Poppolo Gubernato zamknęła wszystkie swoje bramy, wystawiła na mury setki łuczników i oczekiwała na przybycie nieprzyjaciela.
Rheb rozkazał rozbicie obozu z dala od zamku, by pozostać poza zasięgiem łuków oraz innych machin miotających wielkimi strzałami czy kamieniami. Jednocześnie rozkazał też rozpoczęcie montowania trebuszy, by zmiękczyć nieprzyjaciela oraz – przede wszystkim – stworzyć wyrwę w fortyfikacjach, przez którą mógłby przeprowadzić swoich ludzi.
Z początku wszystko zdawało się iść zgodnie z planem, lecz gdy tylko pierwsze kamienie ze świstem pomknęły w stronę murów twierdzy, zza zamku w powietrze wzbiły się istne chmary statków latających, które szybko pogrupowały się w mniejsze oddziały i ruszyły na stanowiska wojsk Nowego Świata.
 - Do tyłu! Za tarcze! Zostawić sprzęt, i tak go spalą! – krzyczał Rheb, mając nadzieję, że jego rozkazy dotrą do wszystkich.
Ludzie zebrali się w centrum, pozostawiając trebusze bez opieki, kryjąc się trwożnie za sporymi pawężami, które jednak były w stanie ochronić przed ostrzałem z powietrza co najwyżej dwa pierwsze rzędy.
Pierwsza salwa gradu strzał oraz kamieni runęła prosto w wojska Nowego Świata, zbierając okrutne żniwo.
 - Rozproszyć się! Szeroko! Łucznicy – strzelać bez rozkazu! – krzyczał Rheb, samemu unosząc nad głowę mocną, drewnianą tarczę, w którą wbiła się lecąca w jego kierunku strzała.
Kolejna salwa przeciwnika wyrządziła mniejsze straty, lecz wciąż zabiła kilku dobrych żołnierzy. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Ebsyni i Urusyni nie mieli praktycznie żadnej możliwości wali z jednostkami latającymi – strzały miotane w kierunku statków zwyczajnie nie dolatywały na taką wysokość.
Ktoś spomiędzy chaosu, jaki rozgorzał wśród armii wrzasnął coś, wskazując na zachód. W oddali pojawiły się niewyraźne kształty statków powietrznych wysłanych zapewne wiele dni temu przez Gonka.
 - Nie mogli trafić lepiej… - wyszeptał Rheb i wyrwał z ziemi jedną z flag armii Nowego Świata, machając nią z całych sił, by dać znać pilotom, że potrzebują pomocy.
Gdy tylko ze sterowców wystrzelone zostały mniejsze, zwinne aeroplany, które uderzyły na ociężałe i prymitywne jednostki wojsk Starego Kontynentu, losy bitwy na ponów przeważyły się na korzyść Rheba. W ledwie kilkadziesiąt minut wszystkie wrogie statki zostały zestrzelone lub zmuszone do odwrotu, a trebusze znów rozpoczęły ostrzał, zmuszając Poppolo Gubernato do poddania się.
Poselstwo, machając już z oddali białymi flagami przyniosło podpisany przez przedstawicieli wszystkich prowincji certyfikat oddający władzę samemu Rhebowi, pod warunkiem że poprzedni monarcha ustąpi z tronu.
Wszystko wydawało się iść zdecydowanie zbyt łatwo, jakby sami bogowie maczali palce w losach śmiertelników.
Pokonanie wielkiego muru ogradzającego Regnum Elevato, miejsce rezydowania króla oraz jego przybocznych, nie zajęło nawet dwóch dni, choć budowla miała kilkanaście metrów grubości – była na tyle szeroka, że dwa konne zaprzęgi mogłyby przegalopować obok siebie, nie płosząc ani jednego wierzchowca.
Re, bóg wojny i oblężenia był łaskawy dla armii prowadzonych przez Rheba, a Is, bogini władców lada dzień miała również napoić swój apetyt, odrąbując zgniłą kończynę, jaką wydawał się być ówczesny władca Starego Kontynentu.
Dzień później armie Nowego Świata stanęły pod murami Magna, stolicy i miejsca rezydowania samego króla.

Tymczasem Gonk, wiele setek kilometrów dalej, nie mogąc opanować drżenia rąk, ściskał w dłoniach prosty list zalakowany pieczęcią Rheba. Rozerwany papier mieścił w środku krótką notkę, przeczytaną już przez Erra wiele razy.

Ledwie kilka kroków w wąwozie postawisz, skieruj się w prawo, między kamienie ułożone na sobie. Nie dłużej niż pięć minut drogi dalej na kolejny trakt trafisz, który prosto do groty cię zaprowadzi.
Wejdź, nie zapalając pochodni, a odkryjesz skarb, którego każdy dosięgnąć by pragnął.

Gonk stał przed czernią ziejącą z jaskini, czując jak serce bije mu z całych sił, próbując wydrzeć się na wolność z klatki piersiowej. Err wszedł do środka i niemal natychmiast zobaczył stojącą na samym środku jaskini skrzynię, większą od jego samego, zamkniętą, lecz niezabezpieczoną żadnym zamknięciem.
Gonk podszedł ostrożnie do skarbu, położył dłonie na ciężkiej pokrywie, a następnie naparł na nią, odrzucając ją do tyłu. Podciągnął się na rękach, zaglądając do środka, gdzie zobaczył jednak tylko niepozornie wyglądający kawałek drewna. Err stracił całą siłę i bezwładnie opadł na ziemię, zanosząc się bezsilnym rykiem.
Na kawałku drewna wypisane było: „Tajemnica większą ma wartość niźli całe złoto świata w jednym miejscu zebrane…”.

Rheb otworzył wielkie, zdobione drzwi i wszedł do środka. Sala tronowa była przytłaczająco ogromna. Wysokie okna podzielone przez stalowe ożebrowanie na małe, smukłe fragmenty wpuszczały dużo światła, które odbijało się od złotych ozdób znajdujących się na ścianach oraz w wysokim, ostro zakończonym sklepieniu. Dywan, po którym szedł, był miękki – purpurowa tkanina doskonale wytłumiała jego kroki.
Kilku ostatnich gwardzistów nerwowo poprawiło uchwyt na swoich broniach, celując grotami długich włóczni prosto w serce Rheba.
 - Cóż za ironia… Jeszcze niedawno to ty rozdawałeś karty, miałeś w rękach wszystko, a teraz… - Urusyn szedł spokojnym krokiem w kierunku tronu i siedzącego na nim starego króla.
 - Jestem gotów pertraktować! Wygraliście, dam wam słowo mojego rodu, że nigdy już nie będziecie nękani przez nasze wojska! – Władca był wyraźnie spanikowany i chwytał się każdej brzytwy, którą był w stanie znaleźć.
 - Pertraktować? – Rheb zaśmiał się głośno. – Całe twoje dziedzictwo leży u moich stóp. Zdjęcie korony z twojej ściętej głowy to tylko formalność, staruchu.
 - Senat nigdy nie stanie po twojej stronie! Nigdy nie będziesz prawdziwym władcą Starego Kontynentu, bękarcie! – Król wstał i teraz odgrażał się pięścią, postradawszy resztki strachu na rzecz honoru, który jeszcze w nim pozostał.
 - Doprawdy? – zapytał Urusyn, wyciągając zwitek papieru z podpisami wszystkich przedstawicieli Populus Regnum.
Władca zamarł. A więc to naprawdę był jego koniec.
 - Opuścić bronie. Nikt już nie zginie w moim imieniu – powiedział starzec. Żołnierze spojrzeli po sobie, ale nie opuszczali swojego stanowiska. – Z drogi! Słyszeliście co powiedziałem!
Tym razem gwardziści unieśli włócznie i zeszli z podwyższenia, na którym umieszczony był tron, ustawiając się po bokach sali.
Rheb tymczasem dotarł już do stóp schodów i postawił pierwszy krok, zbliżając się coraz bardziej do króla.
 - Spraw, by było szybko i bezboleśnie. – Władca powoli uklęknął i opuścił głowę, zamykając oczy.
Rheb wyciągnął swój dwuręczny miecz, zamachnął się i ściął starca jednym, czystym uderzeniem. Czerep upadł na drogi dywan i brocząc krwią potoczył się, zatrzymując pod stopami Urusyna, nim ciało uderzyło o podłogę. Kupiec przyklęknął, ściągnął koronę ze skroni byłego króla i założył ją.
Nim Goltan razem z kilkoma towarzyszącymi mu żołnierzami wbiegli do sali tronowej, Rheb siedział już na tronie, a wokół niego kłębiło się kilkunastu doradców, którzy wyrośli jak spod ziemi.
 - Skończone. Udało się, wygraliśmy – powiedział pasterz, chowając miecz do pochwy i idąc w stronę swojego przyjaciela.
 - Skończone – odparł kupiec, poklepując Goltana po ramieniu.
 - Co teraz? Dokąd idziemy?
 - Ja zostanę tutaj, upewnię się że Nowy Świat już nigdy nie padnie ofiarą Karran. A Ty wrócisz do domu i zjednoczysz Ebsynów oraz Urusynów, tworząc nowy, lepszy kraj.
 - Naprawdę sądzisz, że to może się udać? – zapytał pasterz z lekkim niedowierzaniem w głosie.
 - Oczywiście. Masz za sobą ludzi i to oni nadadzą ci władzę – powiedział Rheb.
 - A więc… ruszamy. Opatrzymy rany i ruszamy do domu.
Kupiec pokiwał głową, a później został odciągnięty przez jednego z doradców. Goltan zaśmiał się i wrócił do swoich ludzi, wydając nowe rozkazy.

 - Jaki mamy potencjał militarny? – zapytał Rheb jednego z mężczyzn, którzy zebrali się w sali tronowej, gdy już Goltan wraz z pozostałymi wyruszył w drogę powrotną.
 - Wciąż cztery tysiące regularnego wojska, a do tego trzy razy tyle poborowych, panie – odpowiedział starzec z równo przystrzyżoną siwą brodą.
 - Doskonale. Wysłać wszystkich do Nowego Świata. Przed końcem żniw chcę mieć każdy metr tego przeklętego miejsca na własność.
 - Jaka strategia, panie? – zapytał inny, również wezwany na zebranie.
 - Wybić ich wszystkich, zrównać z ziemią budynki. Zbudujemy wszystko na nowo, gdy inwazja się skończy – powiedział Rheb, a jego twarz wykrzywił szyderczy uśmiech.

F zaśmiał się szyderczo w swoich rozległych, mrocznych komnatach.